16-07-2011, 19:08
Ooo *3*!!! Pisz dalej! Pisz, pisz :3. Telepatia *3*.
|
Marcowa Łza
|
|
16-07-2011, 20:02
Super. :3
Gdybym miała wcześniej dostęp do komputera, to pierwszym komentarzem do tej części byłby mój. x3 Bardzo fajna część~ ![]()
18-07-2011, 19:10
Rozdział II Po pewnym czasie zdobyła się na odwagę, by rozwinąć karteczkę. Felicja „Felicja?” – myśli tłukły się po głowie dziewczyny szukając rozwiązania. Do głowy przychodziła jej tylko jedna Felicja. Jakby na zawołanie kotka zaczęła drapać w drzwi łazienki domagając się wpuszczenia. Na drżących nogach Rozalia otworzyła zamek, szybko ją wpuściła i zatrzasnęła je.. Zapewniało to lichą ochronę, ale wystarczyło samo jej poczucie. Tego dziewczyna trzymała się jak deski ratunkowej, by nie zacząć krzyczeć. Zamyśliła się. Felicja cicho miauknęła, przypominając o swojej obecności, po czym bezceremonialnie wskoczyła na kosz z brudną bielizną. - Babcia, Felicja, medalion, klucz… - mamrotała bezwiednie Róża. Gdyby dzięki temu mogła poznać znaczenie tajemniczych słów babci i imienia z kartki, którą jej wcisnęła mogłaby tak do rana. Gdyby dziewczyna należała do odważnych, poszłaby natychmiast na strych i jeszcze raz dokładnie przeszukała kufer. Zrobiłaby to, ale wspomnienie przerażonych oczu zmarłej babci powstrzymywało ją przed pójściem choćby do własnego łóżka. Ale czy naprawdę zmarłej? Myśli znów zaczęły zalewać jej umysł podsuwając bardziej i mniej prawdopodobne rozwiązania. To był tylko sen. Albo babcia próbowała jej coś przekazać… z zaświatów. Pierwsze rozwiązanie stanowiło zapewnienie, że nie zwariowała. Ale czy wtedy nie oszukałaby samej siebie? Świstek papieru stanowił obietnicę i dowód. Babcia tam była i próbowała przekazać jej jak znaleźć medalion. Zanim… Zanim co? I nie możliwość znalezienia odpowiedzi na to pytanie przerażało Rozalię najbardziej. ~*~
Promienie słońca przeciskały się przez białą zasłonkę. Świtało. Róża ocknęła się leżąc na dywaniku w łazience. Wstała i rozmasowała ramię, niestety nie pomogło, nadal czuła się obolała. Felicja drzemała na desce do prasowania, a konkretniej, na koszuli taty. - Wygodnie ci? – spytała z ironią Rozalia. Nie można jej się dziwić, po koszmarze nocnym, nieprzespanej godzinie spędzonej w łazience i w końcu zaśnięciu tam, każdy miałby podobne nastawienie do świata. Mimo to dziewczyna energicznie otworzyła zamknięte na klucz drzwi, wypuściła na przód kotkę i wyszła, po czym zdecydowanie je zamknęła. Chciała odgrodzić się od wydarzeń minionej nocy. Zeszła na dół, by zorientować się w czasie. Jeśli wierzyć zegarowi w jadalni była 8:54, nie tak źle. Kotka podążała krok w krok za nią, jednak Rozalia unikała jej spojrzenia. Felicja Czy babcia miała na myśli jej Felicję? Niemożliwe, kotkę Róża dostała 4 lata temu, na dziesiąte urodziny, babci już dawno nie było na świecie, ale kto wie?... Nie chciała teraz tego roztrząsać. - Rozalia? Ranny ptaszek z ciebie. – czyjś głos sprowadził ją na ziemię. - Tak. Wcześniej się obudziłam. – odpowiedź dziewczyny była zgodna z prawdą. – Idę się ubrać. Zawsze w takich chwilach miała wrażenie, że mama przejrzy ją na wylot. Popędziła na górę z ulgą stwierdzając, iż Felicja została w kuchni. ~*~
Wyjęła kolejną sukienkę z szafy. Malinowa. Miała wrażenie, że jej sukienki to kwintesencja smaków lata; słodkich, ale z nutą jakiejś dzikości. Tajemnicy. - Przesadzam… - mruknęła do siebie. Ubrała się i zaczęła rozczesywać kruczoczarne włosy. Z każdym pociągnięciem szczotki umacniała się przy tym, że babcia jest. Nie ważne gdzie. Liczyło się tylko to, że powierzyła Rozalii misję. A ona zamierzała ją wypełnić. Założyła wisiorek. Klucz. Odpowiedź na jedno pytanie już znalazła. Babci bez wątpienia chodziło o ten klucz. Zignorowała fakt, iż ten zaczął jej ciążyć. ~*~
O ile Róża unikała Felicji, ta lgnęła do niej jak pszczoła do kwiatu. Za każdym razem spoglądała jej w oczy, jakby chciała na niej coś wymóc. - Nie dam sobą manipulować. Pójdę tam wieczorem. – odpowiadała dziewczyna. Nie wiadomo tylko co pragnęła uciszyć – naglące spojrzenia kotki, czy własne sumienie. W końcu Felicja dała sobie spokój, widać uznała, że nic już nie ugra. W ostatnie spojrzenie skierowane w stronę właścicielki włożyła chłód i pogardę, co szczerze zabolało Rozalię. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że się bała. Mimo szczerej chęci by poszukać raz jeszcze medalionu, nie mogła się zdobyć na to, by samej pójść na strych. Popołudnie minęło wyjątkowo szybko i nim dziewczyna się obejrzała pomarańczowo-złote słońce chyliło się ku zachodowi. Za horyzontem niknęły też różowe chmurki, jakby w pogoni za ostatnimi promieniami słonecznymi. Jeszcze przedwczoraj widok ten natchnął by ją do napisania jakiegoś wiersza, albo naszkicowania pejzażu. Teraz jedynym widokiem, który ją zajmował była tarcza zegara i wskazówki nieuchronnie posuwające się na przód. Zniechęcona wstała. Szła ze spuszczoną głową, zatopiona we własnych, niewesołych myślach, toteż nie zauważyła nawet mamy, kierującej się w tą samą stronę. Tuż pod schodami obie zderzyły się, a plastikowa miska wpadła prosto w ramiona córki. - Różyczko, nie zauważyłam cię. – usprawiedliwiła się kobieta. – Pomożesz mi zebrać pranie. To był rozkaz, ale Rozalia nie sprzeciwiła się i posłusznie poszła za mamą. Teraz, albo nigdy. Nie pomogło jej bynajmniej to, że ich śladem podążała szara kotka. Dziewczyna mogłaby przysiąc, że Felicja tryumfuje. ~*~
Na strychu zebrała swoją część prania i zostawiła rodzicielkę, której ta robota miała zająć jeszcze przynajmniej 10 minut. Wystarczyło, żeby raz jeszcze spróbować odnaleźć medalion. Wysunęła kufer i odchyliła wieko. Ale teraz dziewczyna wiedziała czego szukać, małej szkatułki ozdobionej pąkami róż. Wyjęła wszystkie pudełka z rozpaczą stwierdzając, że nie ma tego, którego szukała. Raz po raz dokładnie i z każdej strony oglądała każdą, mniejszą czy większą od poszukiwanej, szkatułkę. Jedna, przykuła szczególnie uwagę Rozalii. Było to pudełeczko większe, od wyśnionego, w paskowy deseń. Mimo to dziewczyna czuła wyraźnie wypuklenia w kształcie różyczek. Zamknęła oczy i powoli przejechała palcami po krawędzi trzymanego przedmiotu. Nagle jej palce najechały na coś zimnego, twardego i metalowego. Kłódka. Palce zaczęły jej drżeć, ale zdjęła wisiorek z szyi. Ciepło kluczyka zmobilizowało ją do kolejnego kroku. Włożyła go do zamka i przekręciła. Raz. I drugi. I trzeci. Zaczęła panikować. Nic się nie działo. W końcu przekręciła po raz czwarty. Kłódka odpuściła, a wieczko odskoczyło. Róża otworzyła oczy. Medalion, jak we śnie, leżał na białej poduszeczce. Podobieństwo sytuacji do ostatniego snu tak wzruszyło dziewczynę, że po policzkach zaczęły ciec jej łzy. Musiała to zrobić, musiała wziąć się w garść i zabrać medalion. W chwili, gdy go chwytała usłyszała szept. - Udało ci się. Złamałaś zaklęcie. – szepnął ktoś z podziwem. Rozalia odwróciła się z medalionem w drżącej ręce. Za nią stała Felicja. I, wykluczając, że miała omamy słuchowe, jedynym rozwiązaniem było to, że kotka przemówiła. ~*~
18-07-2011, 19:30
Strasznie lubię twoje opowiadanie. Lekko się czyta, ale wzbudza głębokie uczucia. :3
EDIT: Ojć, chciałam ocenić, myszka mi uciekła i kliknęłam 4 gwiazdki zamiast 5 gwiazdek. Sorki. :* ![]()
23-07-2011, 11:31
Dzięki Scalee, właśnie bałam się, że może jest trochę 'przyciężkie' do czytania. c:
A gwiazdkami się nie przejmuj, nie ma sprawy. ^_^ Rozdział III
Tak błękitnego nieba Rozalia nie widziała nigdy w życiu. Owszem, ludzie znają jego wiele odcieni niebieskości, ale ta, na którą spoglądała dziewczyna z dołu była bez wątpienia najbardziej niebiańska. Ale gdyby tylko niebo było tak zachwycające! Chmury, te białe olbrzymy, zachwycały lekkością i gracją z jaką przemierzały niebieski szlak, zupełnie, jakby były baletnicami. Również pod nią znajdywało się coś godnego uwagi. Trawa była tak zielona, jak tylko na wiosnę, gdy o poranku wilży ją rosa. Jej zapach unosił się wokół dziewczyny i otaczał ją niczym aureola. Zapach świeżości, młodości i… tak, tak czegoś jeszcze, tej lekkości, którą można czuć tylko wtedy, kiedy jest się odgrodzonym od problemów. Zamknęła oczy i pozwoliła obierać bodźce wszystkim innym zmysłom. Wyczuwała coraz silniejszą woń róż, jakby zbliżały się do niej… - Różyczko… - łagodny, ładnie brzmiący głos z nutą czułości otrzeźwił dziewczynę z otępienia. - Babciu! – spontanicznie objęła babcię i wtuliła się w nią najmocniej jak umiała. – Gdzie jesteśmy? Miejsce w którym się znajdowały z pewnością nie było rodzinną miejscowością Róży, nigdy tu nie była. Na pewno też nie śniła, wszystko było takie realistyczne; dźwięki, zapachy… - W Dolinie. – odparła wnuczce, marszcząc lekko czoło. - W Dolinie? – powtórzyła zmieszana. Nieznana nazwa wzbudziła jej czujność. - Tak. – przytaknęła staruszka – Tu trafiają osoby… które mają jeszcze do wypełnienia jakąś misję… Wśród żywych. Rozalia mimowolnie się spięła. Wśród żywych? - To co ja tu robię? Co ty tu robisz? Jaką masz misję do wypełnienia? – potok słów, a raczej pytań spłynął na babcię. - Ty – zaczęła spokojnie – jesteś tu... nazwijmy to przejazdem. Kiedy zemdlałaś twoja dusza wybrała ścieżkę ku Dolinie. - Zemdlałam? – przerwała jej wnuczka, po czym zreflektowała się – Przepraszam, kontynuuj… - Ja tu jestem, ponieważ miałam misję do wypełnienia. Pomóc ci odnaleźć medalion, amulet. Masz go przy sobie, tak? - Tak. – rozchyliła palce, na dłoni leżał poszukiwany wisior. - Doskonale się spisałaś Rozalio, doskonale. - Po co ci medalion? - Widzisz, taka jest cena za to, żebym uwolniła się z Doliny i poszła swoją drogą. Muszę wybrać swoją ścieżkę i miejsce, gdzie spędzę wieczność. - Ale tu jest tak pięknie! – zaprzeczyła z zachwytem. - Tak, ale niesamowicie nudno. – zaśmiała się babcia, bawiąc się różanym wiankiem, który uplotła. – Dziękuję ci za to. Dziękuję za wszystko. Wnuczka popatrzyła z uśmiechem na babcię. Wyglądała tu inaczej, niż w jej śnie. Oczy jej błyszczały, siwe loczki lśniły, a uśmiech gościł na jej twarzy praktycznie bez przerwy. Była ubrana w jasno różową sukienkę. Dość prostą, ale urokliwą. Wyróżniała się, dzięki małym, wyhaftowanym na rąbku różom, tak, suknia bez wątpienia była piękna. Chmury rozsunęły się bezszelestnie, a jedynym tego znakiem był powiew wiatru, który najpierw nieśmiało, a po chwili już całkiem pewnie powiał w dół, prosto w twarze Róży i Walerii. Ubrana w białą szatę, przepasaną pasem materiału w tym samym kolorze Anielica, z aureolą utkaną z promieni słonecznych, nad tycjanowskimi włosami zleciała na soczystą, zieloną trawę. Jej włosy były spięte w kok, ale rude kosmyki wymykały się, tworząc uroczy efekt. Oczy nieznajomej były tej samej barwy co niebo, a i bez tego, sama wielkość oczu i rzęsowa otoczka zachwyciły Rozalię. Anielica uśmiechnęła się promiennie niewątpliwie najśliczniejszym ze swych uśmiechów, po czym odgarnęła niesforny loczek. - Wypełniłaś swą misję Walerio. Poprowadzę cię do Pogranicza. – oznajmiła i wzięła od niej medalion. - Babciu… - łzy znów zaczęły płynąć po policzkach Róży. Nic nie mogła poradzić na to, że stracenie babci było dla niej tragedią. Czuła się tak, jakby odnalazła od dawna poszukiwany kawałek układanki i kiedy ją wreszcie złożyła ta rozpadła się. Anielica spojrzała na dziewczynę. - By wynagrodzić wasze starania i pomoc przy wypełnieniu misji, oraz odzyskaniu medalionu mogę zapewnić ci – tu zwróciła się do starszej pani –status neutralności. Gdyby wisior dostał się w niepowołane ręce… Wiele wam zawdzięczamy. - Dziękuję. – ze wzruszeniem odrzekła staruszka, po czym przytuliła swoją wnuczkę. Anielica skłoniła się, raz jeszcze odgarnęła rudy kosmyk, i zapewniła babcię, by w razie czego skierowała się do niej. Poleciała. - Kim… kim była ta pani? – zapytała Rozalia wciąż zmieszana i z jeszcze większym mentlikiem w głowie niż przedtem. - Anielicą. – Waleria szybko pośpieszyła z wyjaśnieniami – Zajmuje się pilnowanie porządku w Dolinie i Pograniczu. Do niej należy też sprawdzenie, czy misje zostały wypełnione. - O co chodzi z tym medalionem? - Żeby ci to wyjaśnić musiałybyśmy cofnąć się wiele lat wstecz. Do czasu, kiedy byłam w twoim wieku… - chwyciła ręce wnuczki – Jesteś gotowa? - Jestem. ~*~
Wieczór. Jedynym źródłem światła były latarnie, ale i tak mało co było widać poprzez gęstą jak zupa mgłę. Rozalia uparcie starała się wypatrzeć czegokolwiek, lub kogokolwiek w ciemnościach. Było zimno, a wiatr niósł liście z świstem, przecinającym ciszę. Mimowolnie zadrżała. Czuła się jak w jakimś horrorze, choć nie była pewna co spowodowało to uczucie, może tajemnicze dźwięki? A może to, że nie wiedziała jak się stąd wydostać? Lodowaty wiatr spowodował kolejne dreszcze. Nie, to na pewno wina tego upiornego miejsca. Znajdywała się obok fontanny, na środku placu, otoczonego kamieniczkami. Gdzieś w oddali słyszała szczekanie psów i miauczenie kotów, ale nie to ją interesowało. Placyk był nieduży, ale otoczony zewsząd przez kamienice sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego. W tym zakątku była bez wątpienia jedyną żywą duszą. Choć nie mogła tego stwierdzić na pewno, mgła wciąż uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek. W pewnym momencie mgła rozrzedziła się. Kobieta drobnej postury, ubrana w ciemną sukienkę, z szalem, którym owinęła głowę przebiegła śpiesznie przez placyk niosąc paczuszkę owiniętą w chustki. Róża bez wahania za nią pobiegła. Kimkolwiek była musiała brać udział w tej dziwnej historii. Drugim powodem jej zachowania był strach zostania samej. Dziewczyna gubiła się we mgle. Wyzwaniem było również nie ujawnić swojej obecności, w końcu pani w szalu zwolniła i stanęła przed jedną z kamieniczek. Zapukała dwa razy i z oczekiwaniem wpatrywała się w drzwi. Te w końcu otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Dziewczyna w długiej, błękitnej sukni i fartuszku, która otworzyła drzwi, nie mogła mieć więcej niż 14 lat. Czarne włosy zaplotła w dwa, długie warkocze, a ciemne oczy ze zdziwieniem skierowała na nowo przybyłą. Ta wyszeptała parę słów w jej kierunku i wcisnęła jej zawiniątko. Uciekła pośpiesznie. Zmieszana piękność rozwinęła paczuszkę. Rozalię doleciał jej cichy szept. Marcowa Łza.
23-07-2011, 14:00
Suuper. ~ <333
Tak się spytam, ile zajęło czasu ci pisanie tego rozdziału? Bo jestem ciekawa. :333 ![]()
24-07-2011, 11:22
Rozalia?
Pierhasam. Po pierwsze to najpiękniejsze imię na świecie. To moje imię i tylko moje. T-T O, to ja jestem tą postacią. Po drugie, w moim opowiadaniu też taka była, ale to dlatego, najwyraźniej, iż obie umiemy docenić to imię. *u* Jestem w trakcie czytania. Potem ocenię. ;3 Jeszcze nie jestem w połowie tego wszystkiego co jak na razie napisałaś, a więc na razie takie mam zastrzeżenie - nie powtarzasz wyrazów i to dobrze, używasz oryginalnych określeń ale czasem może aż niezbyt pasujących. Np. "Rodzicielka nie wnikała (...)" Tu po prostu bardziej pasowała mimo wszystko mi by ta "mama" nawet jeśli to byłaby powtórka to nie przeszkadzałaby moim zdaniem. EDIT: No, to opowiadanie ma w obie coś takiego, co budzi moje Ambitne Ja (gdzie ono było podczas roku szkolnego? -,-) mówiące Napisz własne, świetne opowiadanie, nie możesz być od niej gorsza!. ;d Ops, PPP? o-o myślałam, że się złączy, sry. // I.
24-07-2011, 22:06
Hm, podoba mi się. :3
W niektórych miejscach faktycznie wręcz przesadzasz ze słowami, a w niektórych dajesz zbyt proste (babcia powinna powedzieć "żegnaj Rozalio" czy coś, a nie "pa" czy jakoś, było coś takiego). Raz czy dwa przecinek gdzieś wyparował, no ale poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń. Także, licząc w numerkach, 9.5/10. Podoba mi się, bo jest inne niż wszystkie. : D ![]() ![]() ![]()
28-07-2011, 13:34
Dzięki Lyrciu. :3 Przyznaję, że pisząc "Rozalia" mimowolnie nasuwałaś mi się na myśl, właśnie przez to imię. ^_^
Co do błędów postaram się tego pilnować, dziękuję za uwagi. ^^ A przecinki to mój stały błąd, niemniej postaram się zwracać na to większą uwagę. Scalee, 4 dni? Pisałam jakieś 4 dni, potem kilka dni wracałam do tego i robiłam poprawki, a i tak zdecydowałam się wstawić 2 dni po skończeniu. Cytat:EDIT: No, to opowiadanie ma w obie coś takiego, co budzi moje Ambitne Ja (gdzie ono było podczas roku szkolnego? -,-) mówiące Napisz własne, świetne opowiadanie, nie możesz być od niej gorsza!. ;dLyree, nie żartuj. W sztuce pisania opowiadań jestem za Tobą daleko w tyle. Ale dziękuję, podniosła się nieco moja samoocena. :'D
31-07-2011, 16:33
Bardzo wzruszające uwielbiam to opowiadanie !
01-08-2011, 11:16
Rozdział IV
- To byłaś ty. - Tak Rozalio. Medalion został mi powierzony, kiedy byłam w twoim wieku. - ciągnęła. - Wtedy też zakazano opowiadania o Marcowej Łzie. Ludzie zaczęli sobie wyobrażać nie wiadomo co - Anielice chciały temu zapobiec. Pomyśl, co by się stało, gdyby ktoś niepowołany znalazł się tu, gdyby mógł swobodnie przechodzić między Doliną, a Ziemią, gdyby zaczął rozgłaszać na prawo i lewo o tym, co tu widział. Gdyby miał odpowiedni potencjał mógłby nawet ze sobą kogoś zabrać. Rozalii stanęła przed oczami owa straszna wizja. Rzeczywiście, Anielice musiały być im wdzięczne, dopiero teraz zaczęła doceniać swoją rolę w tych dziwnych wydarzeniach. Nagle dziewczyna coś sobie przypomniała: - Co oznacza, że złamałam zaklęcie chroniące szkatułkę? - Ach, to. Nałożyłam zaklęcie na pudełeczko, by nie dostało się w ręce niepowołanej osoby. Tylko ty mogłaś je złamać. W końcu jesteś moją wnuczką. - Nałożyłaś zaklęcie? Jesteś... czarownicą? - ostatnie słowo z trudem przecisnęło się jej przez gardło. - Rozalio! Nie, ależ skąd! - zaśmiała się babcia. - Kolejne prawo Doliny - ludzie, którym została powierzona misja mogą czarować, dla dobra sprawy, co się często przydaje. - A Felicja? - Felicja ma za zadanie cię chronić. Przez pewien czas byłaś w dość poważnym niebezpieczeństwie, nie mogłam ryzykować. - W niebezpieczeństwie? - powtórzyła Róża tępo, coraz mniej z tego rozumiejąc. - Tak, wielu ludzi chciałoby zdobyć wisior. Mimo, że legendy o nim już nie krążą, wciąż żyje parę osób, pamiętających o tym podaniu i przekazujących je dalej. Niektórzy z kolei stawiają sobie za cel życia zdobycie medalionu. Szliby po trupach, żeby go zdobyć. Dosłownie. - westchnęła. - Co... co teraz będzie? - dziewczyna zawahała się zadając to pytanie. Miała wrażenie, że babcia zaraz się rozpłynie, a wydarzenia minionych dni okażą się snem. Zbyt pięknym, by był prawdziwy. - Jestem neutralna. Mogę być wszędzie: tu, w Dolinie, na Pograniczu, nawet na Ziemi. Ale mogę też wybrać własną ścieżkę, wiesz, o co mi chodzi. Dziewczyna potaknęła, a po jej twarzy przemknął skurcz bólu. - Widzę, że nie jesteś jeszcze gotowa, żebym odeszła. Spokojnie. - pogładziła Rozalię po twarzy. - A ja? - Ty będziesz żyła normalnie, jak dotąd. Będziesz jednak pamiętała. O Dolinie, o mnie, o Anielicach. O wszystkich rzeczach, których doświadczyłaś tu i rzecz jasna w domu, w ciągu poprzednich dni. Jesteś wybrana. Nie każdy śmiertelnik może przebywać w Dolinie i znosić to tak dobrze jak ty. - przyjrzała jej się badawczo. - I standardowo Anielice usuwają pamięć przybyłym, ty tego unikniesz. - Jak to, znoszę to dobrze? Co to znaczy? - Widzisz, tu nie ma warunków sprzyjających ludziom. Niektórym przeszkadza ta lekkość powietrza. Nie czujesz tego? - Nie. - zaprzeczyła. - Inni po prostu się duszą. A ty... stoisz i rozmawiasz ze mną jakbyśmy były w kawiarni. Nie czujesz się skrępowana, jakbyś przynależała do tej krainy. Jakbyś urodziła się w Dolinie... Ale ty zawsze byłaś wyjątkowa. - A co z Felicją? Zastanę ją w domu? Co się ze mną teraz dzieje, tam na Ziemi? - przy ostatnich słowach mimowolnie wskazała palcem ziemię, na której z babcią stały. - Felicja zostanie z tobą, lubi cię. - babcia ciepło się uśmiechnęła. - Na Ziemi czas nie płynie. Albo może inaczej - tu, w Dolinie dryfujemy poza czasem. W twoim domu nic się nie zmieniło, nawet o sekundę. Na ciebie chyba już czas. - Jak dostanę się do domu? - Kluczyk. - podpowiedziała. Dziewczyna ciągle trzymała go w ręce. Wyciągnęła ją w stronę nieistniejących drzwi i skupiła się, tak jak poprzednim razem. Zamknęła oczy. Włożyła kluczyk do wymyślonego zamku i przekręciła. Doleciał ją jeszcze niemal niedosłyszalny szept: - Żegnaj Rozalio. ~*~
|
|
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
|