Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Bez tytułu [z czasem może się pojawić]
#11
Inka przypomniała mi o istnieniu tego opowiadania więc dodaję jeden z rozdziałów który powstał kiedyś w moim zeszycie. Chciałabym uprzedzić że ta historia będzie prawdopodobnie modyfikowana nieskończoną ilość razy, a to dlatego że nic nie jest takie jak miałam zaplanowane w głowie, a szkoda. :c

Całość złożona w jedną kupę:

To był pochmurny zimowy wieczór. Załamana pałą z fizyki, powłócząc nogami wracałam do domu. Była to może godzina dziewiętnasta, ewentualnie dwudziesta. Właściwie w domu powinnam być jakoś przed siedemnastą, jednak odwlekając tę chwilę spotkania z rodzicami, namówiłam moją koleżankę na pójście do kina. Film na którym byłyśmy był koszmarnie nudny, do tego stopnia, że urywając sobie drzemkę w środku "akcji" i budząc się pod koniec byłam w stanie streścić całość i wskazać w kim po kolei była zakochana główna bohaterka. To nie tak że nie lubię romansów, po prostu ich połączenie z kinem akcji zwykle wypada wyjątkowo marnie, a w tym przypadku nawet i bez tego wątek miłosny zanudziłby mnie na śmierć. Wszystko było jednak lepsze od awantury w domu z powodu głupiej jedynki. Teoretycznie mogłam nic nie mówić mamie, jednak i tak by mnie przejrzała i lepiej dla mnie samej się przyznać do źle napisanej kartkówki. Czasami nienawidzę tej więzi między nami która pozwala stwierdzić jaki druga ma humor, kiedy kłamie, lub kiedy próbuje cię unikać. To znaczy cieszę się, że mam dobre stosunki z moją protoplastką, ale na miłość boską, przecież trzeba mieć jakąś prywatność w sferze emocjonalnej! Niech się trzyma czasem z dala od mojej głowy, w szczególności gdy chcę coś przed nią ukryć. Prawda jest taka że za bardzo się w nią wdałam. Nie mówię tu o wyglądzie, który ewidentnie odziedziczyłam po ojcu, ale o charakterze. O nerwowości, wahaniu nastrojów, spotęgowanej wrażliwości i płaczliwości, o niepoukładanym umyśle i podobnym sposobie odbioru wielu wydarzeń. Nic dziwnego że mama może mnie przejrzeć skoro jestem prawie taka sama jak ona. Tylko jest jedna różnica: moja mama jest rodzicem i "ma zawsze rację", a ja nie mam prawa się na nią zdenerwować i obrazić, tak jak ona sama ma w zwyczaju. Jestem na przegranej pozycji.
Postanowiłam więc zaczekać, aż mama wyjdzie z domu (w środy chodziła na aerobik) i potem wymigać się od rozmowy nauką lub zmęczeniem, co nie było już dziwne bo wtedy gdy wracała zwykłam kłaść się spać. Rozmyślając o tym jak, kiedy i gdzie powiedzieć rodzicom o nieszczęsnej ocenie, weszłam właśnie na wąską uliczkę, jedną z tych, które są tak mało ważne że ich nazwy nikt nie kojarzy. Niosąc przyciężką torbę, zmęczona całym tym dniem, uruchomiłam swoja wyobraźnię. Zaczęło się od sceny powiedzenia mamie o fizyce. Wyraźnie zdenerwowana, w mojej głowie powiedziała mi tyle przykrych (i niestety w większości trafnych) rzeczy, że do oczu napłynęły mi łzy. Szlaban na komputer i zakaz wyjścia gdziekolwiek - typowa kara ale w tej chwili wystarczyła by mnie załamać. Już miałam gotową scenę swojej tragicznej śmierci i wizję załamanych do reszty rodziców. Zrobiło mi się ich trochę żal, a także żal siebie - nie śpieszno mi jeszcze było umierać - więc zmieniłam scenariusz. Tym razem przygnębiona przykrymi słowami mamy wracałam ze szkoły i zostałam napadnięta przez jakiś mężczyzn. Stałam się ofiarą, a moja rodzina nic nie zauważyła. Nikogo już nie miałam po swojej stronie. To takie smutne. Poryczałam się nad swoją wizją siebie jako ofiary gwałtu, niezrozumianą przez społeczeństwo i nagle pozbawioną przyjaciół. Jednak myślami już wędrowałam gdzie indziej. Nie ma nic gorszego niż własna wyobraźnia i to nie dlatego że zdążyłam już się zabić jakieś dziesięć razy, ale dlatego, że w tym momencie moja głowa zaczęła na pełnych obrotach przetwarzać rzeczywistość.
Ktoś za mną szedł, a przez moje chore historie zaczęłam mieć wrażenie jakby to był jakiś prześladowca. Sceneria idealna, wąska uliczka, zero jakichkolwiek sklepów do których można by uciec i poprosić o pomoc, ani widu ani słychu jakiejkolwiek policji. Poczułam ogromną gulę w gardle. Odgłosy kroków przyspieszały. Zaczęłam sobie obmyślać cały plan powalenia potencjalnego prześladowcy i szybkiej ucieczki. Gdzieś z torby wygrzebałam ekierkę, idealną do wbicia komuś w oko. Przypomniałam sobie wszystkie rady jak się zachować w takiej sytuacji. Moja noga była gotowa by z całej pety przywalić komuś w krocze. Pomyślałam o zasadzie - jak ktoś zachodzi cię od tyłu, nigdy nie odwracaj się od razu bo zostaniesz znokautowana, najpierw duży krok do przodu i dopiero się odwróć. Odgłosy nie cichły a ja byłam już na skraju paniki. O mój Boże, zaczęłam modlić się w myślach. Mimo że zostałam wychowana w wierze katolickiej, nigdy nie traktowałam Boga jako numer jeden w moim życiu. Szczerze mówiąc często o Nim zapominałam. W tym momencie byłam gotowa zrobić wszystko byleby tylko mnie wysłuchał. Serce mi przyśpieszyło a kroki przybrały na sile. W jednym momencie odwróciłam się i jakaś męska ręka chwyciła mnie za ramię. W przeciągu ciągu kolejnych ułamków sekund, spanikowana walnęłam potencjalnego gwałciciela ekierką w twarz. Następne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę. Zdaje się że przeraźliwie piszcząc kopnęłam go jeszcze w krocze, dowaliłam łokciem w brzuch i w dzikiej szamotaninie zadałam mu jeszcze parę przypadkowych ciosów. Nic nie słyszałam, po prostu instynktownie dążyłam do nokautu prześladowcy. Mój trener powinien mi pogratulować jeśli chodzi o umiejętności samoobrony. Inną sprawą było to że atakowany przeze mnie mężczyzna wcale się nie bronił i w tym momencie jęcząc z bólu i używając paru niecenzuralnych słów próbował mnie uspokoić. Oprzytomniałam nieco za późno, w momencie w którym "przeciwnik" osunął się na ziemię. Powoli docierało do mnie że mogłam "przypadkowo" pobić całkowicie niewinnego kolesia. Zrobiło mi się słabo, jednak nadal nie wypuszczałam ekierki z ręki. Co jak co ale nadal byłam nieufna, choć przypuszczam że w tym momencie to nie ja stałam się ofiarą. Odsunęłam się na bezpieczną odległość i zaczęłam grzebać w torbie, nerwowo szukając komórki. Gdy ją znalazłam i gotowa już byłam by wstukać 112 dotarły do mnie w całości wszystkie wydarzenia. POBIŁAM jakiegoś kolesia który w tej chwili ledwo zipał, co jeśli mnie aresztują?! Miałam uczucie że zaraz zemdleję. Telefon taty nie odpowiadał. Mamy nie było. W tym momencie nie do końca świadomie wybrałam numer Piotrka.
CDN.

Przepraszam że tak krótko ale postanowiłam na tym dzisiaj skończyć, no i nieco przetworzyłam ten dłużący się fragment z chora wyobraźnią bohaterki. Zapraszam do czytania. C:

Edit: Zauważyłam pewną usterkę stylistyczną więc już od razu poprawiam.
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
RE: Bez tytułu [z czasem może się pojawić] - Łakomczuszek Pospolity - 14-12-2011, 19:12



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości