17-10-2010, 16:38
- Rower założony, to jedziemy? - odezwałam się.
- Tak. - usłyszałam jedno słowo.
Otworzyłam drzwi i wsiadłam. Jechaliśmy w ciszy. Fotele były miękkie, a z tyłu było można dostrzec skrawki sierści piesków. Usłyszałam ciche szczekanie. Dojechaliśmy.
- Poczekaj tu. - powiedział mi Kamil.
Zobaczyłam jak wchodzi do jasnozielonego budynku z ślicznymi, drewnianymi drzwiami oraz logiem "Zaadoptuj mnie" ze szczeniaczkiem obok. Po chwili zobaczyłam, jak niesie 4 szczeniaczki. Włożył je na tylne siedzenie.
- Możemy jechać. - powiedział swoim niskim, ciepłym głosem.
Usłyszałam warkot silnika i zaczęliśmy jechać. Czasami zerkałam przez szybę i widziałam coraz mniej domów, a coraz więcej drzew. Minęło 10 minut. Kamil zatrzymał się i otworzył mi drzwi. Małe psy kotłowały się i wreszcie wybiegły z auta.
- Wziąłem koc. Możemy poleżeć, a szczeniaki pobiegają.
- Dobrze.
Chłopak wziął materiał (innego wyrażenia nie znalazłam noo!) i rozłożył go nieopodal małego drzewa. Psiaki szalały a my się kładliśmy.
- Wiesz co? Trochę mi zimno. - skłamałam. Miałam pretekst do tego, żeby mnie objął.
Oczywiście objął mnie, a się w niego wtuliłam.
- A teraz cieplej? - spojrzał mi głęboko w oczy, a ja to odwzajemniłam.
Nie mogłam się powstrzymać, powoli nasze wargi się do siebie przybliżały. Nastąpił czuły pocałunek. Kiedy wreszcie oderwałam się od niego, kolejny raz spojrzałam mu w oczy.
- Chyba nie muszę nic mówić. - powiedziałam cicho.
Ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Mogłaby, ale nie trwała. Usłyszeliśmy wrzaski i strzelanie.
- Ręce do góry i oddawać kasę! - zaczął wrzeszczeć bandyta.
- Bierz mnie! Ją zostaw! - obronił mnie chłopak.
Jednak mężczyzna miał przewagę. Strzelił mu w brzuch. Uciekł, a Kamil upadł. Szybko zadzwoniłam na policję i karetkę. Wszystko działo się tak szybko, nawet nie pamiętam kiedy znaleźliśmy się w szpitalu.
Cdn.
Może być?

