18-07-2011, 19:10
Rozdział II
Po pewnym czasie zdobyła się na odwagę, by rozwinąć karteczkę.
Felicja
„Felicja?” – myśli tłukły się po głowie dziewczyny szukając rozwiązania. Do głowy przychodziła jej tylko jedna Felicja.
Jakby na zawołanie kotka zaczęła drapać w drzwi łazienki domagając się wpuszczenia.
Na drżących nogach Rozalia otworzyła zamek, szybko ją wpuściła i zatrzasnęła je.. Zapewniało to lichą ochronę, ale wystarczyło samo jej poczucie. Tego dziewczyna trzymała się jak deski ratunkowej, by nie zacząć krzyczeć.
Zamyśliła się.
Felicja cicho miauknęła, przypominając o swojej obecności, po czym bezceremonialnie wskoczyła na kosz z brudną bielizną.
- Babcia, Felicja, medalion, klucz… - mamrotała bezwiednie Róża. Gdyby dzięki temu mogła poznać znaczenie tajemniczych słów babci i imienia z kartki, którą jej wcisnęła mogłaby tak do rana.
Gdyby dziewczyna należała do odważnych, poszłaby natychmiast na strych i jeszcze raz dokładnie przeszukała kufer. Zrobiłaby to, ale wspomnienie przerażonych oczu zmarłej babci powstrzymywało ją przed pójściem choćby do własnego łóżka.
Ale czy naprawdę zmarłej?
Myśli znów zaczęły zalewać jej umysł podsuwając bardziej i mniej prawdopodobne rozwiązania.
To był tylko sen.
Albo babcia próbowała jej coś przekazać… z zaświatów.
Pierwsze rozwiązanie stanowiło zapewnienie, że nie zwariowała.
Ale czy wtedy nie oszukałaby samej siebie?
Świstek papieru stanowił obietnicę i dowód. Babcia tam była i próbowała przekazać jej jak znaleźć medalion. Zanim… Zanim co?
I nie możliwość znalezienia odpowiedzi na to pytanie przerażało Rozalię najbardziej.
~*~
Promienie słońca przeciskały się przez białą zasłonkę. Świtało.
Róża ocknęła się leżąc na dywaniku w łazience. Wstała i rozmasowała ramię, niestety nie pomogło, nadal czuła się obolała.
Felicja drzemała na desce do prasowania, a konkretniej, na koszuli taty.
- Wygodnie ci? – spytała z ironią Rozalia.
Nie można jej się dziwić, po koszmarze nocnym, nieprzespanej godzinie spędzonej w łazience i w końcu zaśnięciu tam, każdy miałby podobne nastawienie do świata.
Mimo to dziewczyna energicznie otworzyła zamknięte na klucz drzwi, wypuściła na przód kotkę i wyszła, po czym zdecydowanie je zamknęła. Chciała odgrodzić się od wydarzeń minionej nocy.
Zeszła na dół, by zorientować się w czasie. Jeśli wierzyć zegarowi w jadalni była 8:54, nie tak źle.
Kotka podążała krok w krok za nią, jednak Rozalia unikała jej spojrzenia.
Felicja
Czy babcia miała na myśli jej Felicję? Niemożliwe, kotkę Róża dostała 4 lata temu, na dziesiąte urodziny, babci już dawno nie było na świecie, ale kto wie?... Nie chciała teraz tego roztrząsać.
- Rozalia? Ranny ptaszek z ciebie. – czyjś głos sprowadził ją na ziemię.
- Tak. Wcześniej się obudziłam. – odpowiedź dziewczyny była zgodna z prawdą. – Idę się ubrać.
Zawsze w takich chwilach miała wrażenie, że mama przejrzy ją na wylot. Popędziła na górę z ulgą stwierdzając, iż Felicja została w kuchni.
~*~
Wyjęła kolejną sukienkę z szafy. Malinowa. Miała wrażenie, że jej sukienki to kwintesencja smaków lata; słodkich, ale z nutą jakiejś dzikości. Tajemnicy.
- Przesadzam… - mruknęła do siebie.
Ubrała się i zaczęła rozczesywać kruczoczarne włosy. Z każdym pociągnięciem szczotki umacniała się przy tym, że babcia jest. Nie ważne gdzie. Liczyło się tylko to, że powierzyła Rozalii misję.
A ona zamierzała ją wypełnić.
Założyła wisiorek. Klucz. Odpowiedź na jedno pytanie już znalazła. Babci bez wątpienia chodziło o ten klucz.
Zignorowała fakt, iż ten zaczął jej ciążyć.
~*~
O ile Róża unikała Felicji, ta lgnęła do niej jak pszczoła do kwiatu.
Za każdym razem spoglądała jej w oczy, jakby chciała na niej coś wymóc.
- Nie dam sobą manipulować. Pójdę tam wieczorem. – odpowiadała dziewczyna. Nie wiadomo tylko co pragnęła uciszyć – naglące spojrzenia kotki, czy własne sumienie.
W końcu Felicja dała sobie spokój, widać uznała, że nic już nie ugra. W ostatnie spojrzenie skierowane w stronę właścicielki włożyła chłód i pogardę, co szczerze zabolało Rozalię.
Nie mogła jednak nic poradzić na to, że się bała. Mimo szczerej chęci by poszukać raz jeszcze medalionu, nie mogła się zdobyć na to, by samej pójść na strych.
Popołudnie minęło wyjątkowo szybko i nim dziewczyna się obejrzała pomarańczowo-złote słońce chyliło się ku zachodowi. Za horyzontem niknęły też różowe chmurki, jakby w pogoni za ostatnimi promieniami słonecznymi.
Jeszcze przedwczoraj widok ten natchnął by ją do napisania jakiegoś wiersza, albo naszkicowania pejzażu. Teraz jedynym widokiem, który ją zajmował była tarcza zegara i wskazówki nieuchronnie posuwające się na przód.
Zniechęcona wstała. Szła ze spuszczoną głową, zatopiona we własnych, niewesołych myślach, toteż nie zauważyła nawet mamy, kierującej się w tą samą stronę. Tuż pod schodami obie zderzyły się, a plastikowa miska wpadła prosto w ramiona córki.
- Różyczko, nie zauważyłam cię. – usprawiedliwiła się kobieta. – Pomożesz mi zebrać pranie.
To był rozkaz, ale Rozalia nie sprzeciwiła się i posłusznie poszła za mamą. Teraz, albo nigdy.
Nie pomogło jej bynajmniej to, że ich śladem podążała szara kotka.
Dziewczyna mogłaby przysiąc, że Felicja tryumfuje.
~*~
Na strychu zebrała swoją część prania i zostawiła rodzicielkę, której ta robota miała zająć jeszcze przynajmniej 10 minut. Wystarczyło, żeby raz jeszcze spróbować odnaleźć medalion.
Wysunęła kufer i odchyliła wieko. Ale teraz dziewczyna wiedziała czego szukać, małej szkatułki ozdobionej pąkami róż.
Wyjęła wszystkie pudełka z rozpaczą stwierdzając, że nie ma tego, którego szukała. Raz po raz dokładnie i z każdej strony oglądała każdą, mniejszą czy większą od poszukiwanej, szkatułkę.
Jedna, przykuła szczególnie uwagę Rozalii.
Było to pudełeczko większe, od wyśnionego, w paskowy deseń. Mimo to dziewczyna czuła wyraźnie wypuklenia w kształcie różyczek.
Zamknęła oczy i powoli przejechała palcami po krawędzi trzymanego przedmiotu. Nagle jej palce najechały na coś zimnego, twardego i metalowego.
Kłódka.
Palce zaczęły jej drżeć, ale zdjęła wisiorek z szyi. Ciepło kluczyka zmobilizowało ją do kolejnego kroku. Włożyła go do zamka i przekręciła. Raz. I drugi. I trzeci. Zaczęła panikować. Nic się nie działo. W końcu przekręciła po raz czwarty. Kłódka odpuściła, a wieczko odskoczyło.
Róża otworzyła oczy.
Medalion, jak we śnie, leżał na białej poduszeczce.
Podobieństwo sytuacji do ostatniego snu tak wzruszyło dziewczynę, że po policzkach zaczęły ciec jej łzy.
Musiała to zrobić, musiała wziąć się w garść i zabrać medalion.
W chwili, gdy go chwytała usłyszała szept.
- Udało ci się. Złamałaś zaklęcie. – szepnął ktoś z podziwem.
Rozalia odwróciła się z medalionem w drżącej ręce.
Za nią stała Felicja.
I, wykluczając, że miała omamy słuchowe, jedynym rozwiązaniem było to, że kotka przemówiła.
~*~


