28-05-2011, 14:35
Dla przypomnienia daje pierwszy i drugi rozdział.
1.
Siedziałam w szkolnej ławce i patrzyłam na zegarek, za 5 minut miała się skończyć najgorsza z lekcji, czyli muzyka. Zastanawiałam się po co muszę się jej uczyć, jak bym chciała się jej uczyć to chodziłam bym do szkoły muzycznej, a ja przecież wiem że będę, albo matematyczką, albo fizyczką, albo archeologiem, a najpewniej to wszystkim z wymienionych.
-Łucjo, na następną lekcję naucz się proszę tej piosenki-po czym podała mi kartkę z tekstem-chciałabym żebyś zaśpiewała ją na przedstawianiu razem z yyy… Ingą.
-Ale, proszę pani, kiedy ja nie chcę, nie umiem śpiewać.
-Jeżeli jej nie zaśpiewasz nie zdasz, mówiłam przecież że ty i Inga jesteście zagrożone na półrocze, czyżbyś nie słuchała?
-Aha, to dlatego-ależ oczywiście że nie słuchałam, bo po co, mój sposób na muzykę to mieć dójkę na koniec i już, a rodziców to i tak nie interesuje-a wtedy z jaką oceną bym skończyła półrocze.
-Jeżeli zagrasz w końcu „Szalom” na flecie, na piątkę, to może i z piątką, wiesz jak ważne są dla mnie występy.
Równo z tym zdaniem zadzwonił dzwonek, szybko spakowałam książki i wybiegłam z klasy, następną lekcją była matma, od razu miałam lepszy humor, uwielbiałam matmę. Weszłam do klasy matematycznej i podeszłam do pani Anastazji, Anastazji Stokrotki. Akurat sprawdzała mój sprawdzian.
-Witaj, Łucjo. Co u ciebie? Słyszałam że jesteś zagrożona z muzyki-super, to chyba już cała szkoła wie-przykro mi… Ale właśnie sprawdzam twój sprawdzian, jak na razie masz wszystko dobrze, jako jedyna. Jak na razie najlepszą oceną było 4-, które nie dostał nikt inny jak Joasia. Wiesz ostatnio przeglądałam stronę gimnazjum nr. 398.
-Tego prywatnego? Nie stać mnie na nie, niestety.
-Ale masz szansę dostać stypendium, jeżeli poszłabyś do klasy matematyczno-fizycznej, a słyszałam że to twoje marzenie.
Moją odpowiedzią na te słowa mógł być tylko promienny uśmiech, cały dzień byłam już uśmiechnięta, humoru nie mogło popsuć mi nic. Wracając ze szkoły poszłam od razu do domu, nie przeszkadzało mi nawet to że te wredne małpy, Julia, Aga, Martyna i Kaśka szły za mną i się ze mnie nabijały. Po 10 minutach drogi weszłam do domu. Mój dom, trudno by mi było go opisać, ma trzy sypialnie, dwie łazienki, salon, kuchnie i poddasze na którym stoi teleskop, który mój tata dostał z pracy i te śliczne marmurowe ściany. Weszłam przez potężne drzwi do przedpokoju, zdjęłam szalik, czapkę, kurtkę i rękawiczki, po czym spojrzałam w lustro. Zobaczyłam twarz kłamcy, bo codziennie musze okłamywać wszystkich że jestem biedna, głębokie, jasno niebieskie oczy, jasno-brązowe włosy, kształtny nos i usta, których się nie da opisać, a oprócz tego tą bladą twarz która męczy mnie całe życie. Byłam ładna, nic dodać, nic ująć, ale każdy uważał mnie za brzydką.
-Łucja!?
-Tak, mamo!-w drzwiach przedpokoju zauważyłam rozpromienioną twarz mamy.
-Nie słyszałam jak wchodziłaś, pani Stokrotka dzwoniła do mnie, słyszałam że masz szansę na stypendium,-bez stypendium rodzice nie puścili by mnie do tej szkoły, nikt nie może się dowiedzieć o naszym stanie konta-więc jednak pójdziesz do tego gimnazjum, cieszysz się?-mama uśmiechnęła się do mnie, ale tak miło, jak nigdy-chodź na obiad.
Weszłam do jadalni. Była to ogromna sala, ze stołem dla 12 osób ale, nakryte były tylko trzy miejsca.
-Taty nie ma, później przyjedzie z pracy, Galia (przezwisko mojej siorki, nie lubi gdy mówi się do niej Gracja, a zresztą, też bym nie lubiła) jest jeszcze w szkole, a Julian poszedł do kolegów.
-Aha.
Usiadłam na swoim miejscu, a po chwili do jadalni weszła Iwa, nasza kucharka, pokojówka itp., była po prostu wszystkim.
-Eł (tak do mnie mówiła) słyszałam o twoim stypendium, gratuluje. Dzisiaj na obiad piersi z kurczaka, ziemniaczki i marchewka z groszkiem, czyli to co lubisz, prawda Eł?
-Tak, to co uwielbiam.
Trzeba przyznać że Iwa jest świetną kucharką, każdy ją tak lubi że je z nami przy stole. Obiad był przepyszny, zjadłam go w kilka minut, a potem zaczęłam przyglądać się nowemu obrazowi. I nagle zaczęły pojawiać się przede mną jakieś obrazy. Blada, czarnowłosa kobieta, chyba ja, idzie na wojnę, ale nie jakąś zwykłą, wojnę czarownic…, albo… wampirów… I nagle obraz znikł.
-Eł, wszystko dobrze?-spytała się mnie Iwa z przestraszoną miną.
-Tak, chyba tak… Pójdę się zdrzemnąć.
2.
Dzisiaj do naszej klasy miała przyjść jakaś nowa, Izabella Malicka, oczywiście pani wyznaczyła mnie do oprowadzenia jej po szkole. Stałam przed szkołą i wypatrywałam jakiejś nowej twarzy, wreszcie nadeszła. Była całkiem ładna. Piegowata, długie, rude włosy i zielone oczy, nic dodać, nic ująć.
-Łucja Kozanecka? – zapytała mnie z uśmiechem, jeszcze nie wiedziała co dzieje się w tej szkole.
-Tak. Ty to Izabella zapewne, mam do ciebie mówić Iza, Bella?
-Jak chcesz, mnie to wszystko jedno.
-Aaa, no to niech będzie Bella. Musimy iść do sekretariatu po klucz dla ciebie, chyba że już masz?
-Mam.
-Aha, no to chodź się przebrać.
Weszłyśmy do szkoły, przeszłyśmy długim korytarzem aż doszłyśmy do szafek.
-Jaki masz numer szafki?-zapytałam.
-137.
-Aha, ja 138-że też musi mieć szafkę obok mnie, zapewne po poznaniu mnie zmieni sobie szafkę.
Gdy ściągnęła czapkę zauważyłam że włosy ma spięte w takie, jakby rozwalone warkocze. Była śliczna! Przeszłam z nią całą szkołę aż doszliśmy do sali nr. 666, uwielbiam ten numer.
-666? Czy to czasem nie liczba diabła? Mogli by ominąć ten numer-miała taki dziwny wzrok gdy na to patrzyła. A na dodatek, oprócz tego że była ładna to jeszcze miała ładne ciuchy. Zielona, całkiem luźna bluza, rurki, buty z Nike i torba na ramie, również z Nike.
-Jesteś dziana?-zapytałam.
-Da się zauważyć? Niech to! Mam udawać że jestem biedna…
-To tak jak ja.
Weszłyśmy do Sali, była pusta, usiadłam w ławce razem z Bellą, to znaczy ona usiadła ze mną. Po chwili wyciągnęła zdjęcie, chłopaka.
-To twój?-zapytałam.
-Tak, ale mnie zdradzał…
Wybuchłam śmiechem, była płytka niczym kałuża po mżawce.
-Chyba żartujesz!? Zdradzał!? Hehehehe!
Całą lekcję się z niej śmiałam, gdy nauczyciel wziął ją do tablicy to się popłakała i zaczęła krzyczeć że nie umie, bo ją chłopak zdradzał i teraz nie umie już nic, że równie dobrze może się zabić, po czym otworzyła okno i chciała wyskoczyć. Ale pan Majewski zaczął na nią krzyczeć i poszła do pedagoga. Na przerwie miałam tam iść ją odebrać. Ona nie była normalna, na pewno nie.
Siedziałam przed gabinetem i patrzyłam na drzwi, po 9 minutach czekania wyszła.
-Łucja, zaopiekuj się niż, proszę-pani Hilecka, była miłą osobą, jednakże to przez nią musiałam udawać że jestem biedna, to nam każe ukrywać to ile mamy pieniędzy.
-Nie mam zamiaru, ona jest dziwna i w ogóle, niech sobie idzie do tych fajnych i lubianych, a ode mnie to niech się odczepi.
-Łucja!-pani krzyczała za mną, a ja poszłam od niej i nawet na nią nie spojrzałam z mną biegła Bella.
-Gdzie idziesz?
-Na miasto, po co mam tu siedzieć, nie ma dzisiaj żadnych ciekawych lekcji.
-Idę z tobą.
-Nie.
I nowa część, czyli 3.
Po pewnym czasie zaczęłam przyjaźnić się z Bellom, nie mogłam uwierzyć w to, że mam przyjaciółkę, dobrą przyjaciółkę. Odkąd Bella pojawiła się u nas w klasie, wszyscy mnie polubili, nagle wszystko się zmieniło, przez jedną osobę. Czułam, że coś z nią nie gra, że ona nie jest normalna, mimo tego polubiłam ją, choć ona po pewnym czasie zaczęła mieć do mnie wyrzuty, ale ja nie wiedziałam z jakiego powodu. Kiedy dochodził koniec roku szkolnego, zaczynałam smucić się tym, że opuszczę tą klasę, wiedziałam że równie dobrze mogłam iść do gimnazjum w okręgu, tam gdzie wszyscy, a nie do tego mojego wymarzonego, klasa w ogóle by mi się wtedy nie zmieniła. Nie zauważyłam nawet, że zaczęłam mieć chłopaka, pewnego dnia po prostu się mnie spytał, w co ja nie mogłam uwierzyć, na imię miał Mateusz, czułam, że to wszystko ma miejsce tylko i wyłącznie przez to, iż przyjaźnie się z Bellom, ale nie chciałam tego zmieniać, było mi z tym dobrze. Tego wieczoru wybierałam się na randkę, na moją pierwszą w życiu randkę, z Matim. Przyszedł po mnie punktualnie o 18, szliśmy do kina na „Salę samobójców” w głębi serca wiedziałam, że on, tak samo jak zresztą ja, nie chce iść na ten film, miałam przeczucie, iż to oglądanie filmu nie będzie tylko oglądaniem filmu. Gdy usłyszałam dzwonek szybko podbiegłam do drzwi, stał tam uśmiechnięty, jego brązowe włosy były porozrzucane na wszystkie strony, a jeden ich kosmyk, opadał mu na czoło. Ubrany był w niebieską koszulkę z Reeboka i krótkie spodenki, na nogach miał sandały z Nike. Patrzył się na mnie tymi swoimi zielonymi oczami z nienaturalną wręcz powagą.
-Siema, Łi.
-Witaj, Mateuszu – powiedziałam z żartobliwą powagą, uśmiechnął się szeroko, cały aż promieniał ze szczęścia.
Wyszłam z domu. Grzywkę miałam spiętą spinką, a włosy splecione w dwa kucyki. Ubrana byłam w zieloną sukienkę z krótkim rękawkiem, która sięgała mi prawie do kolan.
-Ślicznie wyglądasz – powiedział wpatrzony we mnie, w pewnym momencie poczułam się skrępowana, wziął mnie za rękę i poszliśmy do kina.
Droga ciągła mi się niemiłosiernie, miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. O dziwo byłam wystraszona. Gdy podeszliśmy w końcu pod kino powiedział, że nie idziemy oglądać żadnego filmu.
-Ale, jak to? – Byłam przerażona, może oni coś ode mnie chcą, będą się ze mnie nabijać do końca życia.
-Mam zamiar zrobić coś innego – miliony myśli kłębiły mi się w głowie, co? Co on chce zrobić.
Spojrzał mi w oczy, puścił jedną rękę, dzieliła nas coraz mniejsza odległość, centymetry, milimetry, w końcu jego usta zetknęły się z moimi, poczułam przyjemne uczucie, ale także strach, nagle wokół mnie pojawiło się niesamowite światło, które odtrąciło Mateusza kilka metrów ode mnie, a mnie samą przewróciło.
-Co to ma być!? Kim ty jesteś!? Jak!? – Mateusz siedział przestraszony za ziemi, jego oczy były pełne przerażenia, ale nawet ja nie wiedziałam co się stało. Zemdlałam.
Obudziłam się w nieznanym mi pomieszczeniu, przede mną siedziała jakaś staruszka. Miała długie, siwe włosy, spięte w warkocz, niebieskie oczy, identyczne jak moje.
-Nareszcie się obudziłaś, Łucjo. Dawno nie widziałam tak urodziwej dziewuszki, jak się czujesz?-Spytała mnie przyjemnym głosem, wydawała mi się być bardzo miła, a na dodatek ta chatka, bo to na pewno nie był dom, była taka przyjemna, nie to co mój dom.
-Dzień dobry. Kim pani jest? I skąd pani wie jak się nazywam? I co ja tu robię?
-Jestem twoją babcią chrzestną, a znalazłaś się tu dlatego, że po raz pierwszy użyłaś swojej mocy, maleńka.
-Jakiej mocy? Czy chodzi pani…
-Jaka pani, mów do mnie Lizbeth.
-A więc, Lizbeth, jaka moc, chodzi ci o to światło?
-Ależ tak głuptasku! Jesteś czarodziejką! A dokładniej, wybranką!
1.
Siedziałam w szkolnej ławce i patrzyłam na zegarek, za 5 minut miała się skończyć najgorsza z lekcji, czyli muzyka. Zastanawiałam się po co muszę się jej uczyć, jak bym chciała się jej uczyć to chodziłam bym do szkoły muzycznej, a ja przecież wiem że będę, albo matematyczką, albo fizyczką, albo archeologiem, a najpewniej to wszystkim z wymienionych.
-Łucjo, na następną lekcję naucz się proszę tej piosenki-po czym podała mi kartkę z tekstem-chciałabym żebyś zaśpiewała ją na przedstawianiu razem z yyy… Ingą.
-Ale, proszę pani, kiedy ja nie chcę, nie umiem śpiewać.
-Jeżeli jej nie zaśpiewasz nie zdasz, mówiłam przecież że ty i Inga jesteście zagrożone na półrocze, czyżbyś nie słuchała?
-Aha, to dlatego-ależ oczywiście że nie słuchałam, bo po co, mój sposób na muzykę to mieć dójkę na koniec i już, a rodziców to i tak nie interesuje-a wtedy z jaką oceną bym skończyła półrocze.
-Jeżeli zagrasz w końcu „Szalom” na flecie, na piątkę, to może i z piątką, wiesz jak ważne są dla mnie występy.
Równo z tym zdaniem zadzwonił dzwonek, szybko spakowałam książki i wybiegłam z klasy, następną lekcją była matma, od razu miałam lepszy humor, uwielbiałam matmę. Weszłam do klasy matematycznej i podeszłam do pani Anastazji, Anastazji Stokrotki. Akurat sprawdzała mój sprawdzian.
-Witaj, Łucjo. Co u ciebie? Słyszałam że jesteś zagrożona z muzyki-super, to chyba już cała szkoła wie-przykro mi… Ale właśnie sprawdzam twój sprawdzian, jak na razie masz wszystko dobrze, jako jedyna. Jak na razie najlepszą oceną było 4-, które nie dostał nikt inny jak Joasia. Wiesz ostatnio przeglądałam stronę gimnazjum nr. 398.
-Tego prywatnego? Nie stać mnie na nie, niestety.
-Ale masz szansę dostać stypendium, jeżeli poszłabyś do klasy matematyczno-fizycznej, a słyszałam że to twoje marzenie.
Moją odpowiedzią na te słowa mógł być tylko promienny uśmiech, cały dzień byłam już uśmiechnięta, humoru nie mogło popsuć mi nic. Wracając ze szkoły poszłam od razu do domu, nie przeszkadzało mi nawet to że te wredne małpy, Julia, Aga, Martyna i Kaśka szły za mną i się ze mnie nabijały. Po 10 minutach drogi weszłam do domu. Mój dom, trudno by mi było go opisać, ma trzy sypialnie, dwie łazienki, salon, kuchnie i poddasze na którym stoi teleskop, który mój tata dostał z pracy i te śliczne marmurowe ściany. Weszłam przez potężne drzwi do przedpokoju, zdjęłam szalik, czapkę, kurtkę i rękawiczki, po czym spojrzałam w lustro. Zobaczyłam twarz kłamcy, bo codziennie musze okłamywać wszystkich że jestem biedna, głębokie, jasno niebieskie oczy, jasno-brązowe włosy, kształtny nos i usta, których się nie da opisać, a oprócz tego tą bladą twarz która męczy mnie całe życie. Byłam ładna, nic dodać, nic ująć, ale każdy uważał mnie za brzydką.
-Łucja!?
-Tak, mamo!-w drzwiach przedpokoju zauważyłam rozpromienioną twarz mamy.
-Nie słyszałam jak wchodziłaś, pani Stokrotka dzwoniła do mnie, słyszałam że masz szansę na stypendium,-bez stypendium rodzice nie puścili by mnie do tej szkoły, nikt nie może się dowiedzieć o naszym stanie konta-więc jednak pójdziesz do tego gimnazjum, cieszysz się?-mama uśmiechnęła się do mnie, ale tak miło, jak nigdy-chodź na obiad.
Weszłam do jadalni. Była to ogromna sala, ze stołem dla 12 osób ale, nakryte były tylko trzy miejsca.
-Taty nie ma, później przyjedzie z pracy, Galia (przezwisko mojej siorki, nie lubi gdy mówi się do niej Gracja, a zresztą, też bym nie lubiła) jest jeszcze w szkole, a Julian poszedł do kolegów.
-Aha.
Usiadłam na swoim miejscu, a po chwili do jadalni weszła Iwa, nasza kucharka, pokojówka itp., była po prostu wszystkim.
-Eł (tak do mnie mówiła) słyszałam o twoim stypendium, gratuluje. Dzisiaj na obiad piersi z kurczaka, ziemniaczki i marchewka z groszkiem, czyli to co lubisz, prawda Eł?
-Tak, to co uwielbiam.
Trzeba przyznać że Iwa jest świetną kucharką, każdy ją tak lubi że je z nami przy stole. Obiad był przepyszny, zjadłam go w kilka minut, a potem zaczęłam przyglądać się nowemu obrazowi. I nagle zaczęły pojawiać się przede mną jakieś obrazy. Blada, czarnowłosa kobieta, chyba ja, idzie na wojnę, ale nie jakąś zwykłą, wojnę czarownic…, albo… wampirów… I nagle obraz znikł.
-Eł, wszystko dobrze?-spytała się mnie Iwa z przestraszoną miną.
-Tak, chyba tak… Pójdę się zdrzemnąć.
2.
Dzisiaj do naszej klasy miała przyjść jakaś nowa, Izabella Malicka, oczywiście pani wyznaczyła mnie do oprowadzenia jej po szkole. Stałam przed szkołą i wypatrywałam jakiejś nowej twarzy, wreszcie nadeszła. Była całkiem ładna. Piegowata, długie, rude włosy i zielone oczy, nic dodać, nic ująć.
-Łucja Kozanecka? – zapytała mnie z uśmiechem, jeszcze nie wiedziała co dzieje się w tej szkole.
-Tak. Ty to Izabella zapewne, mam do ciebie mówić Iza, Bella?
-Jak chcesz, mnie to wszystko jedno.
-Aaa, no to niech będzie Bella. Musimy iść do sekretariatu po klucz dla ciebie, chyba że już masz?
-Mam.
-Aha, no to chodź się przebrać.
Weszłyśmy do szkoły, przeszłyśmy długim korytarzem aż doszłyśmy do szafek.
-Jaki masz numer szafki?-zapytałam.
-137.
-Aha, ja 138-że też musi mieć szafkę obok mnie, zapewne po poznaniu mnie zmieni sobie szafkę.
Gdy ściągnęła czapkę zauważyłam że włosy ma spięte w takie, jakby rozwalone warkocze. Była śliczna! Przeszłam z nią całą szkołę aż doszliśmy do sali nr. 666, uwielbiam ten numer.
-666? Czy to czasem nie liczba diabła? Mogli by ominąć ten numer-miała taki dziwny wzrok gdy na to patrzyła. A na dodatek, oprócz tego że była ładna to jeszcze miała ładne ciuchy. Zielona, całkiem luźna bluza, rurki, buty z Nike i torba na ramie, również z Nike.
-Jesteś dziana?-zapytałam.
-Da się zauważyć? Niech to! Mam udawać że jestem biedna…
-To tak jak ja.
Weszłyśmy do Sali, była pusta, usiadłam w ławce razem z Bellą, to znaczy ona usiadła ze mną. Po chwili wyciągnęła zdjęcie, chłopaka.
-To twój?-zapytałam.
-Tak, ale mnie zdradzał…
Wybuchłam śmiechem, była płytka niczym kałuża po mżawce.
-Chyba żartujesz!? Zdradzał!? Hehehehe!
Całą lekcję się z niej śmiałam, gdy nauczyciel wziął ją do tablicy to się popłakała i zaczęła krzyczeć że nie umie, bo ją chłopak zdradzał i teraz nie umie już nic, że równie dobrze może się zabić, po czym otworzyła okno i chciała wyskoczyć. Ale pan Majewski zaczął na nią krzyczeć i poszła do pedagoga. Na przerwie miałam tam iść ją odebrać. Ona nie była normalna, na pewno nie.
Siedziałam przed gabinetem i patrzyłam na drzwi, po 9 minutach czekania wyszła.
-Łucja, zaopiekuj się niż, proszę-pani Hilecka, była miłą osobą, jednakże to przez nią musiałam udawać że jestem biedna, to nam każe ukrywać to ile mamy pieniędzy.
-Nie mam zamiaru, ona jest dziwna i w ogóle, niech sobie idzie do tych fajnych i lubianych, a ode mnie to niech się odczepi.
-Łucja!-pani krzyczała za mną, a ja poszłam od niej i nawet na nią nie spojrzałam z mną biegła Bella.
-Gdzie idziesz?
-Na miasto, po co mam tu siedzieć, nie ma dzisiaj żadnych ciekawych lekcji.
-Idę z tobą.
-Nie.
I nowa część, czyli 3.
Po pewnym czasie zaczęłam przyjaźnić się z Bellom, nie mogłam uwierzyć w to, że mam przyjaciółkę, dobrą przyjaciółkę. Odkąd Bella pojawiła się u nas w klasie, wszyscy mnie polubili, nagle wszystko się zmieniło, przez jedną osobę. Czułam, że coś z nią nie gra, że ona nie jest normalna, mimo tego polubiłam ją, choć ona po pewnym czasie zaczęła mieć do mnie wyrzuty, ale ja nie wiedziałam z jakiego powodu. Kiedy dochodził koniec roku szkolnego, zaczynałam smucić się tym, że opuszczę tą klasę, wiedziałam że równie dobrze mogłam iść do gimnazjum w okręgu, tam gdzie wszyscy, a nie do tego mojego wymarzonego, klasa w ogóle by mi się wtedy nie zmieniła. Nie zauważyłam nawet, że zaczęłam mieć chłopaka, pewnego dnia po prostu się mnie spytał, w co ja nie mogłam uwierzyć, na imię miał Mateusz, czułam, że to wszystko ma miejsce tylko i wyłącznie przez to, iż przyjaźnie się z Bellom, ale nie chciałam tego zmieniać, było mi z tym dobrze. Tego wieczoru wybierałam się na randkę, na moją pierwszą w życiu randkę, z Matim. Przyszedł po mnie punktualnie o 18, szliśmy do kina na „Salę samobójców” w głębi serca wiedziałam, że on, tak samo jak zresztą ja, nie chce iść na ten film, miałam przeczucie, iż to oglądanie filmu nie będzie tylko oglądaniem filmu. Gdy usłyszałam dzwonek szybko podbiegłam do drzwi, stał tam uśmiechnięty, jego brązowe włosy były porozrzucane na wszystkie strony, a jeden ich kosmyk, opadał mu na czoło. Ubrany był w niebieską koszulkę z Reeboka i krótkie spodenki, na nogach miał sandały z Nike. Patrzył się na mnie tymi swoimi zielonymi oczami z nienaturalną wręcz powagą.
-Siema, Łi.
-Witaj, Mateuszu – powiedziałam z żartobliwą powagą, uśmiechnął się szeroko, cały aż promieniał ze szczęścia.
Wyszłam z domu. Grzywkę miałam spiętą spinką, a włosy splecione w dwa kucyki. Ubrana byłam w zieloną sukienkę z krótkim rękawkiem, która sięgała mi prawie do kolan.
-Ślicznie wyglądasz – powiedział wpatrzony we mnie, w pewnym momencie poczułam się skrępowana, wziął mnie za rękę i poszliśmy do kina.
Droga ciągła mi się niemiłosiernie, miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. O dziwo byłam wystraszona. Gdy podeszliśmy w końcu pod kino powiedział, że nie idziemy oglądać żadnego filmu.
-Ale, jak to? – Byłam przerażona, może oni coś ode mnie chcą, będą się ze mnie nabijać do końca życia.
-Mam zamiar zrobić coś innego – miliony myśli kłębiły mi się w głowie, co? Co on chce zrobić.
Spojrzał mi w oczy, puścił jedną rękę, dzieliła nas coraz mniejsza odległość, centymetry, milimetry, w końcu jego usta zetknęły się z moimi, poczułam przyjemne uczucie, ale także strach, nagle wokół mnie pojawiło się niesamowite światło, które odtrąciło Mateusza kilka metrów ode mnie, a mnie samą przewróciło.
-Co to ma być!? Kim ty jesteś!? Jak!? – Mateusz siedział przestraszony za ziemi, jego oczy były pełne przerażenia, ale nawet ja nie wiedziałam co się stało. Zemdlałam.
Obudziłam się w nieznanym mi pomieszczeniu, przede mną siedziała jakaś staruszka. Miała długie, siwe włosy, spięte w warkocz, niebieskie oczy, identyczne jak moje.
-Nareszcie się obudziłaś, Łucjo. Dawno nie widziałam tak urodziwej dziewuszki, jak się czujesz?-Spytała mnie przyjemnym głosem, wydawała mi się być bardzo miła, a na dodatek ta chatka, bo to na pewno nie był dom, była taka przyjemna, nie to co mój dom.
-Dzień dobry. Kim pani jest? I skąd pani wie jak się nazywam? I co ja tu robię?
-Jestem twoją babcią chrzestną, a znalazłaś się tu dlatego, że po raz pierwszy użyłaś swojej mocy, maleńka.
-Jakiej mocy? Czy chodzi pani…
-Jaka pani, mów do mnie Lizbeth.
-A więc, Lizbeth, jaka moc, chodzi ci o to światło?
-Ależ tak głuptasku! Jesteś czarodziejką! A dokładniej, wybranką!
![[Obrazek: 1tLhpRw.png]](https://i.imgur.com/1tLhpRw.png)


