Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Nasza Powieść Fantastyczna (NPF) - Rozdziały
#1
Osoby biorące udział:

-Anju
-Ecco
-SophiePunku
-Scalvirie
-TaSamotna
-Thimiss
-Lady Tama
-Neomi
-Rin


Karty Postaci:

Anju-Chan
Anju Nobaka
Wiek: 16 lat
Typ: Dzienny Wampir
Charakter: waleczna, odważna, wrażliwa na los innych, pyskata, niegrzeczna, mściwa.
Pochodzenie: Tiaaa. Japonia
Ubiór: Zwykle taki normalny nakryty poszarpaną, czarną peleryną
Kolor oczu: brąz w dzień w nocy szkarłatne
Wzrost: Bardzo niska -158 cm
Kolor włosów: czarny z czerwoną cieniowaną grzywką
Ulubiony kolor: szkarłat i błękit
Ulubiona dziwna cecha: ostre ząbki do gyzienia wrogów.

Ecco
Imiona: Vivian Thora
Nazwisko: Lind (z Ludzi Lodu)
Rodzina:
Rodzice - Tarjei Lind z Ludzi Lodu i Valerie von Velestern,
Rodzeństwo - Virgina Thyra Lind z Ludzi Lodu
Dziadkowie - Strona matki: nieznani, strona ojca: Are z Ludzi Lodu i Meta,
Pradziadkowie - Strona babci: nieznani, strona dziadka: Tengel Dobry z Ludzi Lodu i Silje Armgrimsdatter,
Kuzyni i dalsi kuzyni: Andreas Lind z Ludzi Lodu, Gabriella Paladin, Tancred Paladin, Mattias Meiden, Kolgrim Meiden.
Wiek: 17 lat. (narodziny 7 lutego 1635 r.)
Typ: Wybrany członek rodu Ludzi Lodu. Czarownica.
Wygląd zewnętrzny:
Wzrost - 165 cm.
Włosy - Długie, kręcone, czarne, zwykle splecione w warkocz.
Oczy - Wielkie i żółte~
Ubiór - Nie obchodzi jej zbytnio, zwykle nosi stare ubrania siostry.
Charakter: Ogólnie - Vivian cechował głównie niesamowity upór i odwaga. Rzadko zdarzało się, że nie osiągnęła zamierzonego celu, potrafiła dążyć do niego krok po kroku i mimo, że mogło to zająć wiele czasu, nie poddawała się. Zwykle żyła w swoim świecie - świecie marzeń, przez co mogła się wydawać nieco zarozumiała i wyniosła. Dziewczyna była bardzo wrażliwą i ciekawą świata osobą, chociaż na wszelkie uwagi na jej temat reagowała... nieco brutalnie.
Specjalne umiejętności: Moc kontaktowania się z duchami, moc czytania w czyichś myślach jedynie patrząc mu w oczy, moc władania ogniem (bo stosy muszą być~!).
Ciekawostki: Chciałaby być taka, jak jej siostra.

SophiePunku
Imię: Mena.
Wiek: 14 lat.
Typ: Wampir Dzienny i Nocny. Może być?
Kolor oczu: Czarny.
Ulubiony kolor: Pomarańczowy.
Ulubiona dziwna cecha: Zabijanie ludzi, którzy ją skrzywdzili, a dużo ich jest Język.

Scalvirie
Imiona: Virgina Thyra
Nazwisko: Lind (z Ludzi Lodu)
Rodzina:
Rodzice - Tarjei Lind z Ludzi Lodu i Valerie von Velestern,
Rodzeństwo - Vivian Thora Lind z Ludzi Lodu.
Dziadkowie - Strona matki: nieznani, strona ojca: Are z Ludzi Lodu i Meta,
Pradziadkowie - Strona babci: nieznani, strona dziadka: Tengel Dobry z Ludzi Lodu i Silje Armgrimsdatter,
Kuzyni i dalsi kuzyni: Andreas Lind z Ludzi Lodu, Gabriella Paladin, Tancred Paladin, Mattias Meiden, Kolgrim Meiden.
Pochodzenie: głównie Norwegia, ze strony matki także Niemcy. W dalekich liniach mieszkańcy Dalekiego Wchodu.(prawdopodobnie Japończycy)
Wiek: 17 lat. (narodziny 7 lutego 1635 r.)
Typ: Wybrany członek rodu Ludzi Lodu. Czarownica. Postać pozytywna.
Wygląd zewnętrzny:
Wzrost - 172 cm.
Włosy - Długie, proste, rozwiane. Ich podstawowy kolor to czerń, lecz potrafią zmieniać kolor w zależności od nastroju właścicielki.
Oczy - Duże oraz skośne. Ich kolor jest zmienny, to bursztynowy, to koci, żółty.
Ubiór - Obdarzona cudownymi rysami potomkini Ludzi Lodu nosi równie piękne długie suknie w różnych odcieniach fioletu.
Charakter: Ogólnie - Virginie od zawsze mówiono, że jest ''nową Sol''. Wygląd i część charakteru naprawdę odziedziczyła po tej młodej damie. Tragizm, delikatny chłód uczuciowy, to jedne z cech Viry dodającej jej czegoś, z jakiejś magicznej istoty. Oryginalna jest w niej eteryczność, zarówno w wyglądzie jak i charakterze. Delikatna panna uwielbiała odkrywać nowe miejsca, ku wielkiemu zadowoleniu ojca, którego intelekt powalał innych w tamtych czasach. Nosi w sobie pokłady wiedzy.
Specjalne umiejętności: Moc uzdrawiania, moc przeczuwania przyszłości, moc hipnozy, moc przywoływania duchów przodków i ukryte zdolności wybranych Ludzi Lodu.
Ciekawostki: Utożsamia się ze swoją ciocią - Cecylią.

TaSamotna
Imię: Leslie
Nazwisko: Bright
Wiek: 17 lat
Typ: Nocna Łowczyni (Nefilim)
Kolor oczu: Czerń
Kolor włosów: Czerń (ale jestem oryginalna, nie? xDD)
Ulubiony kolor: Szkarłat
Charakter: Leslie to osoba niezwykłej urody, ale i charakteru. Jest twarda, umie postawić na swoim. Jest świetna w walce. Ma dość ironiczne poczucie humoru, ale jest troskliwa i opiekuńcza, zawsze stanie w obronie bliskich. Cechuje ją odwaga i często bezmyślność i niezdolność przewidywania. Często coś palnie, a potem tego żałuje. Zabiła już wiele demonów, ale wciąż nie zaznała wielkiej miłości. Dodatkowa Informacja: Jakby ktoś nie wiedział, Nocni Łowcy to półanioły, czyli po części aniołowie, po części ludzie, którzy szkoleni są do zabijania złych Podziemnych (demonów, złych wampirów, wilkołaków, wiedźm itp.), ale zwykle zabijają tylko demony, ponieważ zawarto Pakt, który chroni inne istoty. Wzorowałam się na serii Dary Anioła.

Thimiss
Mementori
Wiek: 15 lat
Typ: człowiek zmieniający się w pełnię w krwiożerczą rybę, żarcik; człowiek ale specjalizuje się w walce i za pomocą magii i wysoko rozwiniętej siły fizycznej : )
Oczy: zielono-szare, lekko skośnawe, duże
Włosy: kasztanowo-rude, gęste, dość długie
Wzrost: metr siedemdziesiąt
Znaki szczególne: ciepłe spojrzenie ale ostry język, wysoko rozwinięta mimika twarzy i szczególny talent do gry aktorskiej
Charakter: niecierpliwa, łatwo się denerwuje, wszystko bierze do siebie, trochę samolubna, dowcipna
Ulubiony kolor: zieleń, brąz i czerń
Dziwne cechy: zawsze fałszuje jak najęta i nie przejmuje się odczuciami słuchaczy co do jej śpiewu; lubi wysokie, ciasne, przytulne i ciepłe pomieszczenia, nie potrafi szeptać, nie lubi patrzeć komuś prosto w oczy
Szczególna, dziwna zdolność: umiejętność unieszkodliwienia nawet najsilniejszego wroga jeśli przeszkodzi jej w śnie
Na szybko narysowany portret postaci:
[Obrazek: 35kn6eu.png]

LadyTama
Imię:Idalia
Wiek:14 lat
TypDuży uśmiechemon, który żywi się ludzką krwią
Wzrost:175 cm
Kolor oczuZdezorientowanyzkarłatny
Kolor włosów:brązowy
Charakter:bardzo przyjacielska, lecz dla wrogów bezlitosna,lubi otrzymywać prezenty Uśmiech
Dziwne cechy:umiejętność manipulowania innymi,nabieranie siły poprzez "podłączanie się" do ludzi,
Szczególna dziwna zdolność:zdolność do usuwania np. ran,krwotoków itp.

Neomi
Imię: Suzan
Nazwisko: Week
Wiek: 17 (choć w rzeczywistości jest nieznany, jest nieśmiertelna)
Typ: Upadły anioł (może być, czy nie bardzo, jakby co to zmienię)
Wzrost: 180
Kolor oczu: jadeitowe, głębokie
Włosy: jasny blond, niemalże biel, długie (do pośladków), falowane, gęste
Ubiór: zazwyczaj elegancki, różnego typu sukienki i spódniczki, ale nie gardzi też bluzami i rurkami, które równie często ubiera
Znaki szczególne: tajemniczość, często się "zacina", ma niesamowitą mimikę twarzy
Charakter: zadziorna, uprzejma i dobrze wychowana, gdy kogoś nie lubi to szczerze i daje mu to po sobie poznać. Mistrzyni ciętych ripost, choć rzadko się odzywa i raczej jest skryta.
Dziwne cechy: umiejętność latania (w końcu ma skrzydła xD), potrafi się teleportować, nieskazitelna w walce (co to za dziwna cecha, ale niech będzie)
Ulubiona dziwna cecha: potrafi przejrzeć zamiary wszystkich w otoczeniu, wykrywa kłamstwa, charakter "stworzenia" (?) potrafi poznać po oczach

Rin
Imię: Sekomora (można mówić Soe)
Wiek: 30 000 XDDDDDD
Typ: zjawa - demon.
Oczy: raczej normalnej wielkości, XD kolor morski.
Włosy: jasny blond, opadające na ramiona.
Wzrost: 170 cm.
Znaki szczególne: blada cera, niezapominajki we włosach. XD
Charakter: spokojna, opanowana, raczej pracowita, nieufna.
Ulubiony kolor: błękitny.
Dziwne cechy: lubi dawać ludziom podpowiedzi w postaci tajemniczych szeptów, pojawiać się niespodziewanie, śledzić innych, często pichci coś w swoim kociołku. XD
Szczególna, dziwna zdolność: niewidzialność (jak jej się chce to się robi niewidzialna i wtedy lubi śledzić), umiejętność porozumiewania się z wiatrem, wodą, zwierzętami i roślinami (mniej z ludźmi XD), zna również kilka zaklęć (ale nie można jej przez to nazwać czarownicą).
Pochodzenie: Jezioro 5 Wierzb.
Rodzinka: Córka - Mechito Koa.


Rozdziały:

Rozdział 1 (wprowadzenie do postaci). - Anju-Chan.
Nazywam się Anju Nobaka... Mam 16 lat. Pochodzę z małego miasteczka w Japonii. Jestem dość niska jak na 16 lat. Mam krótkie, czarne włosy z czerwoną grzywką, która symbolizuje krew. Noszę zwykłe ubrania. Suknia przyozdobiona dużą ilością falban i koralików. Na suknię zakładam czarną poszarpaną pelerynę z kapturem. Moje oczy są brązowe, duże i błyszczące. Nocą zmieniają swój kolor. Wtedy są szkarłatne. Czemu szkarłatne? Ponieważ pochodzę ze szlachetnego rodu wampirów. Niestety nie jestem zwykłym wampirem. Od rodziny różnię się tym, że jestem dziennym wampirem. To znaczy że światło słoneczne mi nie przeszkadza, skóra mi się nie pali, nie mam zawrotów głowy. W nocy zaś śpię jak normalny człowiek. Jednak nim nie jestem. Uwielbiam pić krew osób nieśmiałych i smutnych, tych którzy nie potrafią poradzić sobie ze swoimi problemami życia codziennego. Niestety muszę żywić się w nocy gdy wszyscy śpią. Jestem waleczna, odważna, wrażliwa na los innych, pyskata, niegrzeczna, mściwa.
Od kilkunastu lat trwa wojna. Wojna pomiędzy wampirami, czarodziejami, demonami, aniołami a ludźmi lodu. Prawie pół roku temu, demony zabiły moich rodziców. Zostałam sama z moją młodszą 7-letnią siostrą. Po pewnym czasie ją i też zabiły. Nie mogłam pogodzić się ze stratą najbliższych. Zaprzyjaźniłam się z upadłym aniołem, który pomógł mi dojść do siebie. Teraz wytrwale walczę w tej wojnie, aby zachować honor i uchronić wymierający gatunek wampirów. Myślę, że uda mi się samej pokonać wrogów.


Rozdział 2 (wprowadzenie do postaci). - Thimiss

Kap, kap, kap...
...kap...
...kap...
- Cholera! - Wrzasnęłam na całe gardło podrywając się ze swojego nieco prowizorycznego, piętrowego łóżka. Z sufitu równo na moją poduszkę kapały kropelki deszczu które dostatecznie dobrze rozproszyły mój sen. - Cholera - zaklęłam już nieco ciszej mocno zachrypniętym głosem. Przeklęty dach. Przeklęty dom. Niepotrzebnie się budziłam, teraz jest mi tylko zimno. Zawinięta w koc wyczołgałam się z łózka. Na dole leżała Kaori. Jej mocnego snu nic nie było w stanie zmącić. Jej twarz, nie zmącona żadnym grymasem sprawiała że wyglądała na dużo młodszą niż liczyła sobie lat. Ja z kolei zwykle jestem brana za starszą niż w rzeczywistości jestem.
Przyjrzałam się śpiącej Kaori. Łączyło nas zamiłowanie do snu, lekka nadwrażliwość i nerwowość, jednak poza paroma wspólnymi cechami charakteru nie byłyśmy do siebie prawie wcale podobne. Łączyły nas więzy krwi, ale ja miałam białą matką, ona żółtą*, moje włosy miały rudy kolor, ona była brunetką. Mimo podobnego wieku między nami było dziesięć centymetrów różnicy. Kaori kiedy milczała była mała śliczna i słodka, co stanowiło całkowite przeciwieństwo do mnie. Mimo podobnego wieku już od pierwszego spotkania zaczęłam ją traktować jako dużo młodszą. Gdy miałyśmy zaledwie po osiem lat, nasz wspólny ojciec odszedł i zostałyśmy same z moją matką. Stałam się wówczas mostem do porozumienia się mojej rodzicielki z siostrą. Mama zawsze była specyficzną osobą, a fakt zamieszkiwania w domu córki kochanki jej męża nie ułatwiał sprawy. Podejrzewam jednak że na swój sposób pokochała ona Kaori, ciężko jedynie jej się było z nią porozumieć. Od dzieciństwa byłam szkolona w walce, oszustwach i szybkim, strategicznym myśleniu. Mama nie tolerowała słabości i dlatego właśnie moja rolą była obrona przed nią Kaori, która była drobna i słabo rozwinięta fizycznie, miała tylko swoja magię, co nie do końca uznawała matka. W jej przekonaniu takie rzeczy zawsze mogą zawieść i należy być wszechstronnie przygotowanym na każdą sytuację. Idąc za tym tokiem rozumowania udało mi się podłapać od siostry wielu przydatnych sztuczek które stały się nieodłącznym elementem mojego stylu walki.
Spojrzałam jeszcze raz na śpiąca siostrę i zawinięta w kocyk pokicałam do kuchni. Poczułam że oczy robią mi się wilgotne. Też mi się zebrało mi się na wspomnienia. Muszę być silna - powiedziałam sobie w duchu i w kolejnym momencie zemdlona osunęłam się na ziemię.

Rozdział 3. - Anju-Chan.
Tej nocy było bardzo zimno. Właśnie. Mieszkałam w ruderze, która parę razy próbowano podpalić. Przez szpary wdzierał się chłód. Nie mam przecież pieniędzy aby zrobić choć mały remont. Pomimo tego że rodzice zostawili mi majątek, nie mam zamiaru go wydawać w błoto bo i tak zniszczą wyremontowany dom. Jeśli wojna się skończy wtedy pomyślę. Pod cieniutką kołderką i kusiutej koszuli nocnej bardzo łatwo o chorobę... Pomimo czy będę chora czy nie muszę walczyć. Nikt mi nie pomaga... Od paru dni nie jadłam. Sklepy są zamknięte na cztery spusty. W pobliżu mojego domu znajduje się źródełko więc mam co pić. Wiem że nie powinnam walczyć będąc słabą, ale to mój obowiązek. Za rodzinę... za przyjaciół.... za gatunek. Zamknęłam oczy. Próbowałam nie myśleć. Zaciskałam wargi mocno, by się nie rozpłakać, lecz kryształowe łzy płynęły mimo mojej woli. Bardzo brakowało mi mojej mamy oraz taty. A najbardziej siostry- Michelle. Jej błękitne małe oczka ... Uch. Wolę nie mówić bo się rozpłaczę. Pamiętam tylko ten jej wyraz twarzy gdy dowiedziała się, że zabili rodziców. Usteczka drgały jej jak małemu ptaszkowi, którego złapano w garść. Wyglądała nicczym anioł. Złote loki przyklejały się do zapłakanej twarzyczki. Dziecięca miłość to wielka radość. Nikt nie kocha tak jak dziecko.... Usłyszałam nagle głos mojej matki.
- Nie płacz Anju. Wszystko będzie dobrze. Wytrzyj oczy... Nie wiem czy wojna ulegnie, czy nie. Nie wiem nic. Pamiętaj. Dużo jest osób na tej wojnie którzy cię potrzebują. Znajdź ich- mówiła płaczliwym głosem, słychać było jednak w nim troskę i miłość
Po tych słowach Matka znikła. Zrobiło mi się lepiej. Wstałam z łóżka i wyjrzałam przez okno. Wszędzie dosłownie wszędzie widać było dym. Miasteczko dotąd bardzo spokojne, zamieniło się w pobojowisko gdzie śmierdzi spalenizną. Dawno nie widziałam zielonego. Wszystkie łąki spalone. Dawno nie słyszalam śpiewu ptaków. Wszystkie ze strachu przeniosły się daleko stąd. Dawno nie widziałam uśmiechu na ludzkich twarzach. Wszystkich ludzi i istoty magiczne opętała władza i bogactwo Teraz wszyscy myślą tylko o sobie i nie interesuje ich los innych. Zastanawia mnie to dlaczego ludzie i inni mają kamienne serca! Tak mało jest ludzi dobrych i wrażliwych. Całe szczęście że ja do nich należę... Ubrałam pelerynę i wyszłam... Na pole walki które śmierdzi samolubstwem i wredotą.

Rozdział 4. - TaSamotna.
Spojrzałam na słońce. Zachodziło powoli, chmury różowiły się od jego blasku. Siedziałam wysoko nad ziemią, na dachu pewnego starego domu. Podwinęłam kolana pod brodę i starałam się mnie myśleć o niczym. Chłodny wiaterek chłodził moją skórę, pełną blizn po zabijaniu demonów, rozwiewał czarne jak noc włosy. Było cicho i pięknie...
- Auuu, Chris, weź się ogarnij! - usłyszałam wrzask za sobą.
- Zabieraj dupę z mojej twarzy!
- Nie no, jak ja ci zaraz...
Westchnęłam ciężko. A było tak cicho!...
Niechętnie wstałam i odwróciłam się do dwóch ciał miotających się po dachu. Normalny człowiek uznałby, że są szaleńcami, skoro biją się na stromym dachu - mogli w każdej chwili spaść i się zabić. Ale moi przyjaciele nie byli ludźmi. Byli kimś więcej. Byli Nocnymi Łowcami.
Bardzo debilnymi Nocnymi Łowcami.
- Chris, Brad, przestańcie - powiedziałam znużonym głosem. - Nie możecie wytrzymać chociaż minuty bez rąbnięcia się w łby?
Chłopcy wstali, otrzepali się i spojrzeli na mnie z uśmiechami na twarzach. Chris, starszy ode mnie o rok, był wysokim i mocno zbudowanym blondynem, a Brad, który był w moim wieku, miał gęste, wiecznie potargane czarne włosy i szare oczy. Obydwoje byli dla siebie parabatai - wojownikami gotowymi oddać za siebie życie w walce, najlepszymi przyjaciółmi. Kiedy ukończyliśmy Szkołę Nefilim, wysłano nas do tego miasta, byśmy strzegli je przed demonami. Otrzymaliśmy nowe niewidzialne tatuaże - piękne smoki na plecach. Każdy z nas dostał swój miecz i stelę (urządzenie bardzo przypominające miecz, napełnione Starą Magią, która chroni przed ranami i którą zabijamy demony i dodajemy sobie tatuaże ochronne). Byliśmy bardzo dumni ze swojej nowej misji, a w Idrisie (kraju, z którego pochodzą wszyscy Nocni Łowcy) ja, Chris i Brad byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, więc cieszyliśmy się, że przydzielili nas do siebie. Jednak obydwoje byli ciągle takimi debilami, jak zawsze - nie zmądrzeli nawet odrobinę.
- A jak myślisz, Leslie? - spytał zaczepnie Brad. - Jak mu się nie przetrzepie co jakiś czas tego pyzatego łba, to się stanie zbyt napuszony.
Chris walnął go w ramię, a Brad dał mu w twarz i doszłoby znów do bójki, gdybym obu nie odciągnęła za kołnierze.
- Chłopaki, kocham was, ale serio, nie jestem w nastroju do leczenia pobitych tyłków - powiedziałam znużonym głosem.
Chris uśmiechnął się.
- Kochasz nas? Ale tak... kochasz kochasz? Bo wiesz, ja jestem zawsze gotowy....
Przewróciłam oczami i puściłam ich.
- Chris, chyba już o tym rozmawialiśmy. Nigdy nie pójdę z tobą do łóżka.
- No jasne, ze nie - powiedział Brad. - Bo pójdzie ze mną.
Znów zaczęli się lać, ale ja tylko fuknęłam i przestałam zwracać na nich uwagę. Debile jednak zawsze pozostaną debilami.
Usiadłam koło mojego plecaka. Już zapadła zmrok, co oznaczało, że za chwilę ruszamy na łowy. Demony i złe wampiry zwykle tłoczą się i polują w klubach nocnych albo w ciemnych zaułkach, co oznacza, że tam musimy zacząć. Naszym zadaniem jest zabijać demony i Przeklętych (niby-ludzi, jak zombie itp.), a było to moje ulubione zajęcie. Zabiłam już dwadzieścia demonów z swoim życiu, połowę z pomocą Chrisa i Brada. Byłam z tego bardzo dumna, ale i tak było to niewiele. Marzyłam, by oczyścić całe miasto z wszelkich demonów. Zajęłoby to jednak całe lata, bo demonów wciąż przybywa, a niektóre są bardzo sprytne i uciekają do innych miast, tam, gdzie ich nie wyczuwamy (Nefilim wyczuwają demony na odległość). Jednak zabicie wszystkich było moim marzeniem. Oczyścić świat ze zła.
Chłopaki przestały sie bić i zaczęły się rechotać z jakichś głupot, a ja wyjęłam z plecaka parę kanapek i lazanię i zaczęłam jeść. Byłam bardzo głodna, a po jedzenie do Nocnego Baru moglismy chodzić tylko raz na dobę bez zapłaty. Musieliśmy więc dobrze zaplanować, kiedy co jemy, bo mogło nam zabraknąć. Mieszkaliśmy w starym budynku na końcu miasta, gdzie wynajmowaliśmy maleńkie mieszkanko z trzema pokojami i łazienką. Właściwie chodziliśmy tam tylko spać - resztę doby spędzaliśmy na zabijaniu demonów. Ja nienawidziłam przebywać w zamknięciu, więc zwykle wolny czas spędzałam właśnie na tym dachu, w ciszy i spokoju, ponad całym światem.
Zapadł zmierzch. Gdy ja i chłopaki skończyliśmy jeść, wstałam i rozejrzałam się uważnie. Mój wewnętrzny zmysł wyczuwania zła włączył się, niczym podczerwień. Spojrzałam w stronę małej ulicy parę przecznic dalej. Drgnęłam.
- Chłopaki, ruszamy - powiedziałam cicho. - Tam jest wampir.


Po piętnastu minutach byliśmy już w miejscu, gdzie wyczułam wampira. Teraz sygnał odbierałam jeszcze głośniej. Chłopaki syknęły - również to poczuły. Wszyscy wyciągnęliśmy nasze stele z pochw. Wampir nas nie zauważył - szedł przed siebie, cały czas ukryty w cieniu. Podeszliśmy do niego powoli, a gdy byliśmy już wystarczająco blisko, rzuciłam się na niego ze stelą....
Wampir krzyknął i upadł do tyłu. Zauważyłam, że była to dziewczyna. Bardzo młoda dziewczyna, i w dodatku bardzo ładna, ze szkarłatnymi oczami pałającymi w mroku. Chłopaki nie przejęły się tym i chciały ją natychmiast zabić, ale ona krzyknęła rozpaczliwie:
- Nie zabijajcie mnie!
Popatrzyłam na nią jeszcze raz. Wpatrywała się we mnie przerażonymi oczami, szeroko otwartymi ze strachu. Pomyślałam, że nie mam serca jej zabijać. Z resztą nie była złym wampirem - wyczułam to od razu. Była wampirem dziennym.
- Chłopaki, poczekajcie - mruknęłam, a Chris zamarł ze stelą w powietrzu, idealnie wycelowaną w serce wampirzycy.
Dziewczyna, widząc, że się wahamy, wstała i zaczęła się cofać, dygocąc ze strachu.
- Nie zabijajcie mnie, proszę, ja nie jestem zła, j-ja nie chciałam n-nic złego z-zrobić, n-naprawdę, proszę....
Spojrzałam w jej przerażoną twarz i poczułam w sercu litość. Nie będę jej zabijać. To tylko młoda dziewczyna, tak jak ja. Nie mam serca tego zrobić.
- Dobrze, nie bój się, nic ci nie zrobimy. - Widząc zawód w oczach Chrisa i Brada, szepnęłam im do ucha: - Na Dziewiątej Ulicy jest sukub. Zaraz się zabawimy, nie grymaście. - Ich twarze się rozjaśniły, a ja odwróciłam się do wampirzycy. - Co tu robisz, wampirze? Wiesz, że Nocne Wampiry grasujące w tych okolicach mogą być napadane przez Łowców.
- Ale ja nie jestem Nocnym Wampirem - odpowiedziała dziewczyna. - Na imię mi Anju.
- Wiem o tym, Anju. Po prostu uważaj, bo inni nie muszą o tym pomyśleć, zanim cię zabiją.
Anju z ulgą wypuściła powietrze.
- Dzięki za ostrzeżenie. I dziękuję, że mnie nie zabiłaś.
Uśmiechnęłam się lekko. Ta wampirzyca była naprawdę bardzo miła, jak na przedstawiciela swojej rasy.
- Jestem Leslie - przedstawiłam się. Wampirzyca podała mi rękę, uścisnęłam ją. Była lodowata, ale nie wzdrygnęłam się. Dotykanie wampirów to była codzienność dla Nocnego Łowcy.
- Miło mi - powiedziała Anju i też się uśmiechnęła. Jej kły błysnęły w mroku.
Obejrzałam się na Chrisa i Brada. Byli już widocznie znudzeni tym czekaniem. No tak, przecież to były narwańce, jakich mało.
- Musimy już iść.... Lepiej uważaj na siebie, Anju. I.... udanego... polowania. - sama nie wierzę, że to powiedziałam. Anju zachichotała - w ustach Nocnego Łowcy to musiało zabrzmieć wyjątkowo śmiesznie.
- Skąd wiesz, że idę na polowanie? - spytała.
Mrugnęłam do niej.
- A nie?
Znów się uśmiechnęła, a ja pomachałam jej ręką i odeszłam, wraz z Chrisem i Bradem.
Cóż, mam nadzieję, ze jeszcze spotkam tę wampirzycę.

Rozdział 5. - Anju-Chan.
Po wydarzeniach które zdarzyły się poprzedniej nocy nie mogłam usnąć. Serce wisiało mi na włosku, a jednak okazało się, że jest jeszcze człowiek, który zdoła mi pomóc na wojnie... byleby tylko ją znaleźć zanim będzie za późno. Ubrałam moją pelerynę i ruszyłam w miejsce , gdzie spotkałam ich wczoraj. Założyłam kaptur,(mimo, że słońce mi nie szkodzi ale tak lubię) i podążyłam przed siebie. Do lasu. Najdzikszego lasu w okolicy.
-Młoda panienko- zawołał dziwny choć znajomy głos.
Odwróciłam się lecz nikogo nie zobaczyłam. Przeraziłam się troszkę, bo z natury jestem bardzo strachliwa.
- Co za niekulturalna młodzież! Odwróci się i nawet nie ma zamiaru się zaiteresować.
Serce biło mi bardzo szybko! Czy ktoś robi sobie ze mnie jaja?!
- Cholera Jasna! O co tutaj wogóle chodzi!- wrzasnęłam najgłośniej jak mogłam. Do tego przytupnęłam nogą jak mała dziewczynka. Wyglądało to bardzo niepoważnie.
- Spójrz w dół maleńka...
Zrobiłam to co mi ten głos kazał. Pochyliłam niepewnie głowę i zobaczyłam sowę, która miała zwichnięte skrzydło. Wzięłam ją na ręce. Zmieszałam się...
-Przepraszam za te przekleństwa. Bardzo mi głupio.
-Nic nie szkodzi. Powinnam uprzedzić, że jestem na dole... Hmm porzućmy ten temat. Jestem Galla, posłanniczka Leslie .
-Hmm Leslie? To ta łowczyni?
-Tak masz rację... To ta łowczyni. Kazała mi do ciebie przylecieć i zostać u ciebie póki ona nie wróci do tego miasteczka.
Zamyśliłam się...
-W tym czasie wyleczę ci skrzydło.
Znam się na różnych czarach. Mój przyszywany wujek był czarodziejem. Nauczył mnie paru drobnostek m.in magiczny wywar który leczy rany.
-Poczekaj tu chwilę- powiedzialam kładąc małą sówkę na mchu.- Ja pozbieram tylko troszkę ziół.
-Dobrze. Tylko się pospiesz. Czuję że będą kłopoty jeśli się szybko nie zbierzemy.
Nie brałam sobie tych słów do serca... Nagle usłyszałam tupot końskich kopyt.
-To oni! Rzuć te zioła i uciekajmy!
Tak jak Galla powiedziała tak zrobiłam. Biegłam ile sił miałam w nogach. Wampiry dość szybko biegają więc to był plus. Schowałyśmy się w głębokiej jaskini.
-Uff. Teraz na pewno nas nie znajdą- odetchnęłam z ulgą
-Nie bądźmy takie pewne. Oni są bardzo dobrzy w szukaniu. Znajdą nas jak nic.
- No to chodźmy głębiej.!- zaproponowałam
Cały czas wchodziłyśmy do komnat. Tak aby się dosłownie zgubić. Sowy mają dobrą pamięć więc i tak byśmy wróciły. "Zgubiłyśmy się "aby udać że nas nie ma. Położyłam się i zasnęłam.
-Cii! - Galla obudziła mnie- oni tu idą.
Serce zabiło mi mocniej. Powtarzałam znane mi zaklęcie. Nie wiedziałąm skąd je znam ani do czego ono służyło. Za 5 razem stało się coś dziwnego. Widziałam tych strażników. Nie zauważyli nas.
-Nikogo tu nie ma chodźmy stąd!- Powiedział jeden z nich
Poszli. Odetchnęłyśmy z ulgą. Czar przestał działać.
-Skąd znasz takie zaklęcie? - spytała Galla
-Wujek mnie nauczył. Ale było to dawno więc nie wiedziałam do czego to służy.
Spokojnie wyszłyśmy z jaskini. Wróciłyśmy do domu, gdzie zrobiłam Galli opatrunek.

Rozdział 6. - Neomi.
Anielica rozpostarła skrzydła, wzlatując coraz wyżej. Już od dawna nie czuła tego wiatru we włosach, pędu, choć wiedziała, że czas lądować, wzbijała się coraz wyżej z uśmiechem na twarzy.
-Suzan! – zawołał Iwan – Czas wracać! – jednakże anielica nie miała najmniejszej ochoty go słuchać, wzleciała ku chmurze, i przysiadła na niej.
-Iwanuszka! Jeszcze pięć minut! Proszę! – krzyknęła.
-Dobrze – powiedział, po czym przyłączył się do niej.
Anielica pamiętała go jeszcze przed upadkiem, szczęśliwy, uśmiechnięty, długowłosy. Nigdy nie zapomni jego włosów, zawsze spiętych w wysokiego kucyka. Po rozpuszczeniu sięgały, tak jak mniej więcej jej, do kolan. Były koloru lodów o smaku mlecznej czekolady. Spojrzała na Iwana i przytuliła się do niego. On lekko uśmiechnięty objął ją ramieniem i siedzieli tak, wpatrując się w Ziemię, jak jeszcze za ich niebiańskich czasów. Suzan tak bardzo za tym tęskniła.
-Suz, już naprawdę musimy wracać – spojrzał na nią ze smutkiem, uśmiech rzadko widoczny był na jego twarzy, tęskno było mu za domem.
-Dobrze – odparła, po czym rzuciła się w dół.
Leciała w dół o ogromną prędkością, choć wiedziała, że wnet będzie musiała się zatrzymać i wzlecieć na dach wieżowca. Pod wpływem prędkości, jej gumka spadła z włosów, a one same rozpuściły się, co spowodowało jeszcze większy uśmiech na jej twarzy. Zauważyła, iż budynek, na którym mieli wylądować, zbliża i się, i prędko się zatrzymała, jej włosy uderzyły o twarz, jak zawsze. Uwielbiała latać. Powoli podleciała na dach budynku, lekko dotknęła nogami płaskiej powierzchni i spojrzała w górę, Iwan był już blisko. Do niedawna on też mógł odczuwać ten wiatr we włosach, ale je ściął, sięgały mu teraz do brody, po tym jak podrosły. Anielica odwróciła się w stronę Iwana.
-Wiesz, że mogliśmy polatać dłużej! Dlaczego musimy zawsze tak szybko wracać?! – wykrzyczała w jego stronę, po lataniu zawsze była bardzo zdenerwowana, ponieważ chciała znów znaleźć się na jakiejś chmurze, chciała oderwać się od ziemi, która tak bardzo jej przeszkadzała.
-Uspokój się! – krzyknął Iwan i przytulił załamaną anielicę.
-Chodźmy do mnie – powiedziała.
Jej mieszkanie znajdywało się w budynku na którym wylądowali. Zeszli z dachu przez małe drzwiczki, o których wiedziała tylko ta dwójka, po drabinie zeszli do mieszkania Suzan, a dokładniej salonu.
-O matko – wyszeptała anielica, gdy zobaczyła swoje zdemolowane mieszkanie. – Znaleźli nas! Wampiry nas znalazły! - wykrzyczała zrozpaczona.
Jeszcze tego samego dnia uciekli z miasta, w poszukiwaniu nowego domu.

Kolejne piszemy normalnie w postach.
[Obrazek: PYf9yLD.png]
#2
Ja dodaję mój rozdział, który chyba został zapomniany, miał być szósty, ale teraz będzie siódmy.... Uśmiech

Rozdział 7


Wróciliśmy rankiem do naszego domu. Byłam bardzo zmęczona - zabiłam trzy demony i mało nie zostałam zabita przez czwartego, ale Chris perfekcyjnie walnął go stelą. Mimo iż to jełop, będę mu wdzięczna do końca życia.
Byłam bardzo zmartwiona - armia ścigała wszystkie wampiry w mieście. Wysłałam sowę obronną do Anju, wiedząc, że tak nieporadna wampirzyca jak ona będzie łatwym celem. Miałam jakieś irracjonalne poczucie, ze muszę ją chronić, jak taką małą nieporadną siostrzyczkę. Dopiero co ją poznałam, więc było to dziwne, i w dodatku ona sama była wampirem. Mimo to chciałam ją chronić. Chris i Brad nie rozumieli tego - chcieli ją zabić od razu, bez jakiejkolwiek litości. Ja też powinnam taka być - na taką mnie wyszkolono. Ale ja, mimo iż byłam twardą wojowniczką, miałam miękkie serce. Nie mogłam zabić kogoś, kto nie zrobił nic złego. To jej wina, że jest wampirem? Jej wina, że pije krew? Nie. Po prostu taka się urodziła i nic nie może na to poradzić. Uważałam, że wielką niesprawiedliwością jest karać ją za taki los.
- Leslie, daleko jeszcze? Padam z nóg - jęknął Brad, powłócząc nogami za mną. Miał głęboki ślad na policzku - pamiątka po ostatnim demonie. Radziłam mu, by wyleczył go stelą, ale debil uważał, że dodaje mu to męskości. Ale cóż, jego sprawa. Mężczyźni są głupsi niż kobiety i nie martwią się tak błahą sprawą jak śmiertelne rany i zakażenia.
- Jeszcze dwie ulice - wysapałam w odpowiedzi. - Chris, nie możemy się deportować? Nie mam już siły.
Chris pokręcił ponuro głową.
- Mamy za mało energii, moglibyśmy się tym zabić. Deportacja jest możliwa tylko, kiedy jesteśmy w pełni sił.
Pomyślałam, że dałabym się zabić, byleby tylko tyle nie chodzić. Nóg już w zasadzie nie czułam.
Ostatkiem sił doczłapaliśmy się do domu i stelą otworzyliśmy drzwi. Nie spojrzałam nawet na porozwalane ciuchy, smród starych skarpet i niemytych od tygodnia naczyń, tylko od razu padłam na jedyne czyste miejsce w tym mieszkaniu - moje łóżko - prawie natychmiast zasnęłam.
Śniło mi się, że kogoś ścigam. W ręku miałam stelę, za pasem miecz. Biegłam, prowadzona zmysłami, przez ciemne ulice miasta. Nie wiedziałam, za czym gonię. Wiedziałam, ze muszę to dogonić i zabić.
Skręciłam w cichą, ciemną uliczkę. W mroku cos się czaiło, uciekało przede mną. Czułam jego ostry zapach, ale nie słyszałam bicia serca. Czyli to wampir. Albo demon.
Skoczyłam i wyciągnęłam stelę przed siebie, chcąc ugodzić. Postać krzyknęła i uciekła przede mną. Skoczyłam w bok i wbiłam w nią ostrze. Wrzasnęła i zaczęła dygotać. Spojrzałam w jej twarz. Była dziwnie znajoma. Wyglądała jak...
Chris!
Wrzasnęłam, ale wtedy jego twarz zmieniła się w twarz Brada, potem mojej mamy, a potem Anju. Anju, nieruchoma i martwa.
Zaczęłam się cofać. Nie, nie, nie mogłam tego zrobić.... Boże, co ja zrobiłam...
- Leslie. Leslie. Leslie!
Zaczęłam spadać, spadać, spadać w dół...
- Leslie, wstawaj!
Otworzyłam gwałtownie oczy. Pochylał się nade mną Chris, cały i zdrowy. Odetchnęłam z ulgą. Mój Boże, to był tylko sen. Tylko głupi sen...
Dopiero po chwili, gdy przyjrzałam się twarzy przyjaciela, zauważyłam, że stało się coś złego. Chwilę potem usłyszałam huk i poczułam wstrząsy. Zerwałam się z łóżka.
- Co się dzieje?! - krzyknęłam z przestrachem. Za oknem było ciemno, mimo iż zegar wskazywał południe. Zrozumiałam, że to od nieustających wybuchów. Co chwila budynkiem wstrząsały kolejne wybuchy, jak trzęsienia ziemi. Brad już stał, w pełnym ubraniu i gotowości.
- Armia rozpoczęła naloty. Chcą pozabijać wszystkie demony i wampiry. Nie wiem, czemu tak się stało, nie dostałem żadnej wiadomości, ale... - próbował mi wytłumaczyć Chris, ale ja już w pełnej panice szykowałam stelę i pakowałam, co się dało do plecaka.
- Anju! Muszę ratować Anju! - krzyknęłam, przerywając mu. Schowałam za pazuchę stelę, sztylet, kilka maści leczniczych i komunikator, do plecaka bandaże, jedzenie i wodę.... Wszystko, co się może przydać. Muszę ja ratować. Jeśli jeszcze nie zginęła, armia zaraz ją zabije.
Wypadłam z mieszkania, nawet nie oglądając się na Chrisa i Brada. Po krzykach i krokach rozpoznałam, że biegną za mną. Wypadłam z kamienicy i zobaczyłam rujnowane miasto. Wszędzie antydemoniczne naloty, ogień i krzyki. Wrzasnęłam i upadłam, gdy wielki pocisk spadł tuż obok mnie. Na głowę posypał mi się tynk i gruzy, ale nie zważałam na to. Oszacowałam, czy mam wystarczająco dużo energii do deportacji, i zacisnęłam rękę na steli.
Poczułam szarpnięcie, świat zawirował, a ja przeniosłam się do.... starego domu. Był podniszczony, dość brudny i panował w nim lodowaty chłód. Nie wiedziałam, gdzie jestem - chciałam się tylko przenieść tam, gdzie jest Anju. I rzeczywiście, była tam. Siedziała skulona w kącie, patrząc z przerażeniem na okno. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale budynkiem wstrząsnął okropny huk. Padłam na ziemię i podeszłam na czworaka do wampirzycy.
- Anju! - krzyknęłam, chcąc przekrzyczeć huki i wrzaski. - Anju, musisz stąd uciekać!
Rozszerzyła oczy jeszcze bardziej.
- Jak ty się tu...
- Nie ma na to czasu! - krzyknęłam. - Oni zaraz cię znajdą! Chodź!
Wyciągnęłam do niej rękę, ale wtedy zarzuciło nami -bomba spadła dokładnie tuż obok domu. Anju krzyknęła i złapała mnie za rękę, a ja zacisnęłam rękę na steli w chwili, gdy jedna ze ścian domu zaczęła się walić....
Świat znów zawirował. Ściskałam mocno rękę Anju. Skoncentrowałam się na domu. Dom, dom, dom.... Chcę do domu...
Gdy otworzyłam oczy, stałam na środku salonu. Po chwili obok mnie zdeportowali się Brad i Chris.
- Leslie! - krzyknął Chris. - Co ty wy...
- Zamknij się, nie ma czasu! - wrzasnęłam, nadal ściskając Anju za rękę. - Pakujcie, co się da, i do schronu, szybko!
Gdy oni zajęli się gorączkowym pakowaniem, ja zbiegłam z Anju ze schodów i ledwo trzymając się na nogach po kolejnym wybuchu, wpadłam do starego schronu. Zeskoczyłam na dół, ale Anju cały czas stała na krawędzi, oniemiała ze strachu.
- Skacz! - krzyknęłam. Było tu dość głęboko, ale ja z moim refleksem Nocnej Łowczyni idealnie sobie poradziłam. - Złapię cię!
Anju wahała sie jeszcze przez chwilę, ale kolejny wybuch sprawił, że potknęła się i spadła w dół, prosto w moje ramiona. Była dość ciężka, jak na wampira, więc cofnęłam się i upadłam pod jej ciężarem. Gdy się podniosłyśmy, do środka wpadli Chris i Brad, a ten ostatni zamknął właz. Pogrążyliśmy się w ciemności.
Huki i wybuchy były jakby przytłumione, nie słyszeliśmy ich dobrze - znajdowaliśmy się pod ziemią. Wyciągnęłam stelę zza pazuchy i szepnęłam coś do niej, a ta rozbłysła niebieskim światłem. Zobaczyłam przestraszoną twarz Anju i zdezorientowane twarze Chrisa i Brada. Rozświetliłam pomieszczenie. Znajdowaliśmy się w starym, śmierdzącym kurzem pokoju, ze zdezelowaną kanapą i małym stołem, a także paroma skrzyniami. Nie było łóżek ani nic innego.
- Musimy tu przetrwać strzelanie - powiedziałam, a mój głos odbił się echem po pokoju. - Usiądźcie. Ważne, że jesteśmy bezpieczni.
I can feel your love is real
But I know that youre making me sick!.... ♥

#3
Skal, jakby co to ja się wycofuje i oddaję moją postać Ecco.
#4
Ekhmm... Sophie. Od tego jest drugi temat.

Rozdział 8 (wprowadzenie do postaci). - Scalvirie.

- Włosy upięte, suknia wyczyszczona, buciki wyszorowane. A jednak czegoś brakuje. No tak! Broszki!
- Zawsze się tak stroisz, gdy się wybierasz do babki Liv?
- Ależ Vivian, to nie to! Chyba nie zapomniałaś o urodzinach Gabrielli?
- O nie! - stanęła jak wryta i po chwili zaczęła buszować po pokoju - Nie, nie, nie! Tylko nie Gabriella. A ja przecież obiecałam pomóc tacie przy zbiorach w lesie!
- Czyżby on także zapomniał? - zastanowiłam się - Cóż, ja jadę do Elistrand. Jeśli chcesz, to się pospiesz. Poczekam na dworze.
- Dobrze, już dobrze! A gdzie są sukienki od ciotki Cecylii?
- W szafie. Tej największej.
Powoli wycofałam się z pokoju, a jak wiatr zbiegłam po schodach. Na parterze stał Andreas z oczami pełnymi niemego podziwu.
- Ty zawsze mnie zadziwiasz. Mówiłaś jej o tym? No, wiesz czym?
- Po kolei. Jasne, jasne i nie. Wygadałaby wszystkim. Teraz już idźmy. - powiedziałam pchając go w stronę drzwi.
- Jesteś...
- Tak, kompletnie dziwna, wiem. No idź już!
- Ale ja nie chcę!
- Mówię, idź.
- Nie.
- Śmiesz sprzeciwiać się mnie i mym oczom?!
- A żebyś wiedziała, że tak.
- W takim razie... Wujku! Andreas nie chce mi pomóc!
I po chwili zza kuchennych drzwi wynurzył się wuj Brand. Wciąż wyglądał młodo jak na swoje ciężko przepracowane 43 lata. Nieco wystające kości policzkowe, czarne włosy i brązowe oczy odziedziczył po swoim ojcu, Arem, którego był wierną kopią.
Lecz nie odziedziczył niczego po swej delikatnej skańskiej urody matce, Mecie. Jednakże zawsze obdarzony był pogodą ducha i miło się z nim rozmawiało pomimo niskiej inteligencji.
- Wujku! Poprosiłam Andreasa żeby mnie odwiózł do Elistrand, a on nie chce tego zrobić, nawet dla młodszej o 7 lat kuzynki. - szlochałam.
Brand westchnął, a ja w tym czasie usłyszałam ciche "jesteś wiedźmą".
- Synu, zawsze jesteś taki pomocny, w polu jak i w domu. Bądź tym razem tak samo miły i zrób to, o co prosi cię Virgina.
- Oczywiście, ojcze. - rzekł z ledwo zauważalnym smutkiem w głosie.
Wyszłam na dziedziniec, a Andreas poszedł zająć się powozem. Po chwili usłyszałam kroki siostry.
- Andreas? Jedziesz z nami? - zdziwiła się.
- Tak. - odpowiedział krótko.
Odwróciłam się do jej twarzy, która była umiejscowiona nisko w porównaniu do mojej. Czasem trudno mi myśleć, że byłyśmy bliźniaczkami. Podałam jej małą paczuszkę i szepnęłam:
- To prezent dla Gabrielli. Tylko daj jej to, gdy dam ci znak. Nie wcześniej.
- D-dobrze. - rzekła nieco zaskoczona Vivian.
- Wsiadajcie już! - zawołał Andreas.
I zgrabnie wsiadłyśmy do powozu, gdy słońce schodziło już ze swojej najwyższej pozycji na niebie dając miejsce chmurom, zazdrosnym o rządy nad światem.
[Obrazek: PYf9yLD.png]
#5
Rozdział 9
Kilka godzin wcześniej...
I znowu, nie wiedząc kiedy, znalazłam się na leśnej ścieżce, daleko w tyle pozostawiając jakichkolwiek ludzi. I nareszcie odetchnęłam świeżym powietrzem. I nareszcie byłam sama, tak, jak lubiłam. I nareszcie nie musiałam nikogo słuchać ani stosować się do czyichś poleceń. Mimo, że kochałam rodzinę, potrzebowałam skrawka prywatności. Ja zwykle wtedy szłam gdzieś daleko, przed siebie, jak to ja. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, chodziłam właśnie tą ścieżką. Dlatego nietrudno wyobrazić sobie moją radość, kiedy po iście szaleńczym biegu przez las, poznałam miejsce tak dobrze mi znane. Przystanęłam przy najbliższej kałuży, wzięłam najbliżej leżący patyk i (o, zgrozo) zaczęłam bawić się w "poszukiwanie skarbów". Nagle zaczęło mi być wstyd - w końcu siedemnaście lat to już czas, żeby spoważnieć, zaprzestać proszenia się o siniaki i poszukiwania przygód, a zacząć robić coś konkretnego. Zwykle kiedy brałam się za jakąś pracę, więcej zawadzałam i mieszałam niż rzeczywiście się przydawałam, więc po prostu - niczego nie robiłam. I, o dziwo, było mi z tym dobrze. Nagle, w przypływie jakiejś nieopanowanej, nagłej radości zaczęłam biec, skakać z kamienia na kamień, czasem potykając się. O mało co nie podarłam ślicznej sukni, trochę na mnie za małej i obcisłej... ale nie myślałam o tym. W tej chwili liczyło się tylko to, że zaraz zobaczę polanę, którą pamiętałam tak dobrze, miejsce, w którym siedziałam godzinami wymyślając przeróżne historie o elfach i gnomach bądź rozmowach drzew. I zobaczyłam. Po kilku latach nic a nic się nie zmieniło, może z wyjątkiem tego, że rośliny bardziej się rozrosły, co jeszcze dodawało polance uroku. Usiadłam na trawie. Chwilę później już leżałam, patrząc, jak dzielna biedronka samotnie podróżuje przez zieloną gęstwinę. Nagle zrobiłam się naprawdę śpiąca, oczy zamknęły mi się same… Nie. Nie chciałam za nic znowu zrobić czegoś głupiego. Wstałam, przy okazji uderzając się o pień drzewa i pobiegłam z powrotem.
Sratatatata. Cieszę się, że chociaż jest. Ma być jako przedstawienie postaci.
#6
Rozdział 10 <tak?>

Godziny spędzone w autobusie ciągnęły się niemiłosiernie. Suzan musiała siedzieć obok mężczyzny, który nie zachowywał się zbyt normalnie, puszczał do niej oczka, uśmiechał się dziwnie, a na dodatek cuchnął alkoholem. Zniesmaczona, ciągle spoglądała w stronę Iwana, prosząc go o zmianę miejsca, ale ten nie miał na to najmniejszej ochoty. Był równie zdruzgotany tą sytuacją co ona. Kiedy wysiedli na jakimś przystanku, Suzan z radością odetchnęła świeżym powietrzem. „Nareszcie” pomyślała. Spoglądnęła w stronę Iwana, który rozmawiał przez telefon z niemrawą miną, podeszła do niego, a ten poprosił ją o chwilę cierpliwości. Zdążyła usłyszeć tylko „Alaric… Tak… Znaleźli nas…”. Alaric, nie mogła o nim zapomnieć, jego upadek miał miejsce wtedy kiedy jej i Iwana, jednakże musieli się rozdzielić, aby każdy miał do kogo uciekać. Jeszcze za ich niebiańskich czasów go uwielbiała, ale po upadku jej uczucie jeszcze się wzmocniło. Zawsze nosił beret, miał proste blond włosy, sięgające lekko za uszy i niebieskie oczy. Połowa damskiej części Niebios była w nim zakochana, choć on nie zwracał uwagi na ani jedną, nie był łatwy do zdobycia.
-Jedziemy do Cleveland, tam osiedlił się Alaric – przytaknęła, na słowa Iwana, który właśnie skończył rozmowę. Nareszcie go spotka! ”Z nim nie będzie żadnych ograniczeń, nareszcie”, pomyślała uradowana. – Nie rozumiem z czego się cieszysz. Aż dziw, że tan idiota nie wpadł w żadne tarapaty, a my, którzy tak uważali… No cóż.
-Może życie bez ograniczeń jest bardziej opłacalne? Nie pomyślałeś kiedyś o tym? – Suzan po raz kolejny chciała rozpocząć tę rozmowę, może tym razem jej się uda.
-Nie i nie mam zamiaru. Jak on może cieszyć się życiem tutaj, kiedy nie zasłużyliśmy na upadek. Suzan, wiem, że chciałabyś abym się z tym pogodził, ale zostaliśmy niesprawiedliwie osądzeni i nie spocznę dopóki nie udowodnię, że nie zasługujemy na upadek, a narażanie się na śmierć, ze strony wampirów nam w tym nie pomoże.
-Tobie. Ja się w to nie będę mieszać.
-Suzan! Proszę cię, nie każ mi traktować cię jak małe dziecko!
-Ale kiedy nie musisz! Jeżeli tym razem także, będziemy musieli się rozdzielić to zostaję z Alariciem! – anielica wiedziała, że bardzo zraniła go tymi słowami. Iwan spojrzał na nią znacząco, po czym odszedł w kierunku stacji benzynowej.
Suzan zdążyła pójść jeszcze do toalety, a przy wchodząc do autobusu zagadała do kierowcy.
-Ile jeszcze do Cleveland?
-Jakaś godzina – odparł. Kierowca miał może 30 lat, był dosyć przystojny. Miał rude włosy, sięgające uszu, zielone oczy i kilkudniowy zarost.
-Eee.. Mam pytanie.
-Tak? – uniósł wzrok w stronę anielicy i uśmiechnął się zalotnie. – Ulalala! Ładna sukienka – wyszczerzył się do Suzan. Miała na sobie czarną sukienkę bez ramiączek, pod piersiami była uwiązana zieloną wstążką, pod którą sukienka nie była już dopasowana.
-Dziękuję, ale co do mojego pytania – uśmiechnęła się do niego – czy są może jeszcze jakieś wolne miejsca w autobusie, chciałabym się przesiąść.
-Naturalnie, że tak – wskazał miejsca w pierwszym rzędzie. – Nikt tu nie siedzi. Pasuje?
-Bardzo. Dzięki.
Resztę drogi anielica przegadała z Ianem, kierowcą, wtrąciła się także kobieta, siedząca również w pierwszym rzędzie, ale po drugiej stronie. Iwan całą drogę obserwował ją, był na nią wyraźnie obrażony. Kelly, bo tak zwała się kobieta, pytała się Suzan, kto to, ale ta odmawiała odpowiedzi. Kiedy w końcu dotarli na miejsce, Iwan ciągle się do niej nie odzywał. Zamówił taksówkę, kiedy dojechali pod dom Alarica ten stał już pod domem. Zdjął beret i ukłonił się do anielicy, gdy ta była jeszcze w samochodzie.
-Alaric! – zdążyła wykrzyczeć, kiedy wyszła z taksówki i rzuciła się mu w ramiona. – Nareszcie.
[Obrazek: 1tLhpRw.png]
#7
Proszę moderację o usunięcie tego tematu. Oczko
I can feel your love is real
But I know that youre making me sick!.... ♥



Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Nasza powieść fantastyczna - lepsza wersja. Imaginary 15 5,356 23-01-2012, 22:37
Ostatni post: Shiro
  Nasza Powieść Fantastyczna (NPF) - Sprawy Organizacyjne Anju 164 17,570 29-12-2011, 19:47
Ostatni post: Imaginary



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości