Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
"Masdamer" - kontynuacja ;D
#1
Dla przypomnienia daje pierwszy i drugi rozdział.
1.
Siedziałam w szkolnej ławce i patrzyłam na zegarek, za 5 minut miała się skończyć najgorsza z lekcji, czyli muzyka. Zastanawiałam się po co muszę się jej uczyć, jak bym chciała się jej uczyć to chodziłam bym do szkoły muzycznej, a ja przecież wiem że będę, albo matematyczką, albo fizyczką, albo archeologiem, a najpewniej to wszystkim z wymienionych.
-Łucjo, na następną lekcję naucz się proszę tej piosenki-po czym podała mi kartkę z tekstem-chciałabym żebyś zaśpiewała ją na przedstawianiu razem z yyy… Ingą.
-Ale, proszę pani, kiedy ja nie chcę, nie umiem śpiewać.
-Jeżeli jej nie zaśpiewasz nie zdasz, mówiłam przecież że ty i Inga jesteście zagrożone na półrocze, czyżbyś nie słuchała?
-Aha, to dlatego-ależ oczywiście że nie słuchałam, bo po co, mój sposób na muzykę to mieć dójkę na koniec i już, a rodziców to i tak nie interesuje-a wtedy z jaką oceną bym skończyła półrocze.
-Jeżeli zagrasz w końcu „Szalom” na flecie, na piątkę, to może i z piątką, wiesz jak ważne są dla mnie występy.
Równo z tym zdaniem zadzwonił dzwonek, szybko spakowałam książki i wybiegłam z klasy, następną lekcją była matma, od razu miałam lepszy humor, uwielbiałam matmę. Weszłam do klasy matematycznej i podeszłam do pani Anastazji, Anastazji Stokrotki. Akurat sprawdzała mój sprawdzian.
-Witaj, Łucjo. Co u ciebie? Słyszałam że jesteś zagrożona z muzyki-super, to chyba już cała szkoła wie-przykro mi… Ale właśnie sprawdzam twój sprawdzian, jak na razie masz wszystko dobrze, jako jedyna. Jak na razie najlepszą oceną było 4-, które nie dostał nikt inny jak Joasia. Wiesz ostatnio przeglądałam stronę gimnazjum nr. 398.
-Tego prywatnego? Nie stać mnie na nie, niestety.
-Ale masz szansę dostać stypendium, jeżeli poszłabyś do klasy matematyczno-fizycznej, a słyszałam że to twoje marzenie.
Moją odpowiedzią na te słowa mógł być tylko promienny uśmiech, cały dzień byłam już uśmiechnięta, humoru nie mogło popsuć mi nic. Wracając ze szkoły poszłam od razu do domu, nie przeszkadzało mi nawet to że te wredne małpy, Julia, Aga, Martyna i Kaśka szły za mną i się ze mnie nabijały. Po 10 minutach drogi weszłam do domu. Mój dom, trudno by mi było go opisać, ma trzy sypialnie, dwie łazienki, salon, kuchnie i poddasze na którym stoi teleskop, który mój tata dostał z pracy i te śliczne marmurowe ściany. Weszłam przez potężne drzwi do przedpokoju, zdjęłam szalik, czapkę, kurtkę i rękawiczki, po czym spojrzałam w lustro. Zobaczyłam twarz kłamcy, bo codziennie musze okłamywać wszystkich że jestem biedna, głębokie, jasno niebieskie oczy, jasno-brązowe włosy, kształtny nos i usta, których się nie da opisać, a oprócz tego tą bladą twarz która męczy mnie całe życie. Byłam ładna, nic dodać, nic ująć, ale każdy uważał mnie za brzydką.
-Łucja!?
-Tak, mamo!-w drzwiach przedpokoju zauważyłam rozpromienioną twarz mamy.
-Nie słyszałam jak wchodziłaś, pani Stokrotka dzwoniła do mnie, słyszałam że masz szansę na stypendium,-bez stypendium rodzice nie puścili by mnie do tej szkoły, nikt nie może się dowiedzieć o naszym stanie konta-więc jednak pójdziesz do tego gimnazjum, cieszysz się?-mama uśmiechnęła się do mnie, ale tak miło, jak nigdy-chodź na obiad.
Weszłam do jadalni. Była to ogromna sala, ze stołem dla 12 osób ale, nakryte były tylko trzy miejsca.
-Taty nie ma, później przyjedzie z pracy, Galia (przezwisko mojej siorki, nie lubi gdy mówi się do niej Gracja, a zresztą, też bym nie lubiła) jest jeszcze w szkole, a Julian poszedł do kolegów.
-Aha.
Usiadłam na swoim miejscu, a po chwili do jadalni weszła Iwa, nasza kucharka, pokojówka itp., była po prostu wszystkim.
-Eł (tak do mnie mówiła) słyszałam o twoim stypendium, gratuluje. Dzisiaj na obiad piersi z kurczaka, ziemniaczki i marchewka z groszkiem, czyli to co lubisz, prawda Eł?
-Tak, to co uwielbiam.
Trzeba przyznać że Iwa jest świetną kucharką, każdy ją tak lubi że je z nami przy stole. Obiad był przepyszny, zjadłam go w kilka minut, a potem zaczęłam przyglądać się nowemu obrazowi. I nagle zaczęły pojawiać się przede mną jakieś obrazy. Blada, czarnowłosa kobieta, chyba ja, idzie na wojnę, ale nie jakąś zwykłą, wojnę czarownic…, albo… wampirów… I nagle obraz znikł.
-Eł, wszystko dobrze?-spytała się mnie Iwa z przestraszoną miną.
-Tak, chyba tak… Pójdę się zdrzemnąć.
2.
Dzisiaj do naszej klasy miała przyjść jakaś nowa, Izabella Malicka, oczywiście pani wyznaczyła mnie do oprowadzenia jej po szkole. Stałam przed szkołą i wypatrywałam jakiejś nowej twarzy, wreszcie nadeszła. Była całkiem ładna. Piegowata, długie, rude włosy i zielone oczy, nic dodać, nic ująć.
-Łucja Kozanecka? – zapytała mnie z uśmiechem, jeszcze nie wiedziała co dzieje się w tej szkole.
-Tak. Ty to Izabella zapewne, mam do ciebie mówić Iza, Bella?
-Jak chcesz, mnie to wszystko jedno.
-Aaa, no to niech będzie Bella. Musimy iść do sekretariatu po klucz dla ciebie, chyba że już masz?
-Mam.
-Aha, no to chodź się przebrać.
Weszłyśmy do szkoły, przeszłyśmy długim korytarzem aż doszłyśmy do szafek.
-Jaki masz numer szafki?-zapytałam.
-137.
-Aha, ja 138-że też musi mieć szafkę obok mnie, zapewne po poznaniu mnie zmieni sobie szafkę.
Gdy ściągnęła czapkę zauważyłam że włosy ma spięte w takie, jakby rozwalone warkocze. Była śliczna! Przeszłam z nią całą szkołę aż doszliśmy do sali nr. 666, uwielbiam ten numer.
-666? Czy to czasem nie liczba diabła? Mogli by ominąć ten numer-miała taki dziwny wzrok gdy na to patrzyła. A na dodatek, oprócz tego że była ładna to jeszcze miała ładne ciuchy. Zielona, całkiem luźna bluza, rurki, buty z Nike i torba na ramie, również z Nike.
-Jesteś dziana?-zapytałam.
-Da się zauważyć? Niech to! Mam udawać że jestem biedna…
-To tak jak ja.
Weszłyśmy do Sali, była pusta, usiadłam w ławce razem z Bellą, to znaczy ona usiadła ze mną. Po chwili wyciągnęła zdjęcie, chłopaka.
-To twój?-zapytałam.
-Tak, ale mnie zdradzał…
Wybuchłam śmiechem, była płytka niczym kałuża po mżawce.
-Chyba żartujesz!? Zdradzał!? Hehehehe!
Całą lekcję się z niej śmiałam, gdy nauczyciel wziął ją do tablicy to się popłakała i zaczęła krzyczeć że nie umie, bo ją chłopak zdradzał i teraz nie umie już nic, że równie dobrze może się zabić, po czym otworzyła okno i chciała wyskoczyć. Ale pan Majewski zaczął na nią krzyczeć i poszła do pedagoga. Na przerwie miałam tam iść ją odebrać. Ona nie była normalna, na pewno nie.
Siedziałam przed gabinetem i patrzyłam na drzwi, po 9 minutach czekania wyszła.
-Łucja, zaopiekuj się niż, proszę-pani Hilecka, była miłą osobą, jednakże to przez nią musiałam udawać że jestem biedna, to nam każe ukrywać to ile mamy pieniędzy.
-Nie mam zamiaru, ona jest dziwna i w ogóle, niech sobie idzie do tych fajnych i lubianych, a ode mnie to niech się odczepi.
-Łucja!-pani krzyczała za mną, a ja poszłam od niej i nawet na nią nie spojrzałam z mną biegła Bella.
-Gdzie idziesz?
-Na miasto, po co mam tu siedzieć, nie ma dzisiaj żadnych ciekawych lekcji.
-Idę z tobą.
-Nie.
I nowa część, czyli 3.
Po pewnym czasie zaczęłam przyjaźnić się z Bellom, nie mogłam uwierzyć w to, że mam przyjaciółkę, dobrą przyjaciółkę. Odkąd Bella pojawiła się u nas w klasie, wszyscy mnie polubili, nagle wszystko się zmieniło, przez jedną osobę. Czułam, że coś z nią nie gra, że ona nie jest normalna, mimo tego polubiłam ją, choć ona po pewnym czasie zaczęła mieć do mnie wyrzuty, ale ja nie wiedziałam z jakiego powodu. Kiedy dochodził koniec roku szkolnego, zaczynałam smucić się tym, że opuszczę tą klasę, wiedziałam że równie dobrze mogłam iść do gimnazjum w okręgu, tam gdzie wszyscy, a nie do tego mojego wymarzonego, klasa w ogóle by mi się wtedy nie zmieniła. Nie zauważyłam nawet, że zaczęłam mieć chłopaka, pewnego dnia po prostu się mnie spytał, w co ja nie mogłam uwierzyć, na imię miał Mateusz, czułam, że to wszystko ma miejsce tylko i wyłącznie przez to, iż przyjaźnie się z Bellom, ale nie chciałam tego zmieniać, było mi z tym dobrze. Tego wieczoru wybierałam się na randkę, na moją pierwszą w życiu randkę, z Matim. Przyszedł po mnie punktualnie o 18, szliśmy do kina na „Salę samobójców” w głębi serca wiedziałam, że on, tak samo jak zresztą ja, nie chce iść na ten film, miałam przeczucie, iż to oglądanie filmu nie będzie tylko oglądaniem filmu. Gdy usłyszałam dzwonek szybko podbiegłam do drzwi, stał tam uśmiechnięty, jego brązowe włosy były porozrzucane na wszystkie strony, a jeden ich kosmyk, opadał mu na czoło. Ubrany był w niebieską koszulkę z Reeboka i krótkie spodenki, na nogach miał sandały z Nike. Patrzył się na mnie tymi swoimi zielonymi oczami z nienaturalną wręcz powagą.
-Siema, Łi.
-Witaj, Mateuszu – powiedziałam z żartobliwą powagą, uśmiechnął się szeroko, cały aż promieniał ze szczęścia.
Wyszłam z domu. Grzywkę miałam spiętą spinką, a włosy splecione w dwa kucyki. Ubrana byłam w zieloną sukienkę z krótkim rękawkiem, która sięgała mi prawie do kolan.
-Ślicznie wyglądasz – powiedział wpatrzony we mnie, w pewnym momencie poczułam się skrępowana, wziął mnie za rękę i poszliśmy do kina.
Droga ciągła mi się niemiłosiernie, miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. O dziwo byłam wystraszona. Gdy podeszliśmy w końcu pod kino powiedział, że nie idziemy oglądać żadnego filmu.
-Ale, jak to? – Byłam przerażona, może oni coś ode mnie chcą, będą się ze mnie nabijać do końca życia.
-Mam zamiar zrobić coś innego – miliony myśli kłębiły mi się w głowie, co? Co on chce zrobić.
Spojrzał mi w oczy, puścił jedną rękę, dzieliła nas coraz mniejsza odległość, centymetry, milimetry, w końcu jego usta zetknęły się z moimi, poczułam przyjemne uczucie, ale także strach, nagle wokół mnie pojawiło się niesamowite światło, które odtrąciło Mateusza kilka metrów ode mnie, a mnie samą przewróciło.
-Co to ma być!? Kim ty jesteś!? Jak!? – Mateusz siedział przestraszony za ziemi, jego oczy były pełne przerażenia, ale nawet ja nie wiedziałam co się stało. Zemdlałam.
Obudziłam się w nieznanym mi pomieszczeniu, przede mną siedziała jakaś staruszka. Miała długie, siwe włosy, spięte w warkocz, niebieskie oczy, identyczne jak moje.
-Nareszcie się obudziłaś, Łucjo. Dawno nie widziałam tak urodziwej dziewuszki, jak się czujesz?-Spytała mnie przyjemnym głosem, wydawała mi się być bardzo miła, a na dodatek ta chatka, bo to na pewno nie był dom, była taka przyjemna, nie to co mój dom.
-Dzień dobry. Kim pani jest? I skąd pani wie jak się nazywam? I co ja tu robię?
-Jestem twoją babcią chrzestną, a znalazłaś się tu dlatego, że po raz pierwszy użyłaś swojej mocy, maleńka.
-Jakiej mocy? Czy chodzi pani…
-Jaka pani, mów do mnie Lizbeth.
-A więc, Lizbeth, jaka moc, chodzi ci o to światło?
-Ależ tak głuptasku! Jesteś czarodziejką! A dokładniej, wybranką!

[Obrazek: 1tLhpRw.png]
Odpowiedz
#2
No, super! Masz talent literacki XD!
[/align]
[Obrazek: sglnco.gif]
Odpowiedz
#3
Czwarty rozdział (chyba), 4,5 stron w Wordzie.

Masdamer 4
Zemdlałam. Obudziłam się dopiero następnego dnia, nadal nie mogąc uwierzyć w to o czym dowiedziałam się wczoraj. Niby ja, Łucja Gryfina Akacja Chranecka byłam czarodziejką, czarownicą lub czymkolwiek innym!? Na pewno nie, nie! To by znaczyło, że wszystko co złego działo się w moim życiu, mogło mieć zupełnie inny przebieg, w końcu skoro jestem czarodziejką, to chyba potrafię czarować.
-Nareszcie się obudziłaś, moja droga. Nie mogę uwierzyć w to, że nie wiedziałaś kim jesteś. Czy naprawdę twoja matka nic ci o tym nie mówiła? – Ogromnymi wręcz drzwiami, innego już pokoju, weszła Lizbeth, wyglądała zupełnie inaczej, młodziej. – Skoro nic nie wiesz o byciu czarodziejką muszę ci trochę opowiedzieć. Po pierwsze, jesteś wybranką, co oznacza, że twoim przeznaczeniem jest uratowania świata, przed jego końcem. – Wzdrygnęłam się gdy wypowiadała te słowa. – Po drugie, dotknij ziemi. – Dotknęłam. Nagle z moich palców wydobyły się niebieskie, jakby węże, ale to były tylko paski, no latające paski, nie umiem tego wytłumaczyć. Wyglądały na takie przyjemne, miłe, nie mogłam uwierzyć, że widzę coś takiego. – To łęgi pustynne, twój kolor to niebieski, nikt prócz ciebie nie ma takiego koloru, mój to czerwień, jednakże tylko niebieski jest niepowtarzalny. Zapewne wiesz dlaczego. – Wiedziałam*, przytaknęłam głową. – O swoich mocach dowiesz się w Akademii Nauki Czarów w Mrożkowie Sknalskim, gdzie będziesz się uczyć.
-Czy to oznacza, że nie będę chodzić do zwykłej szkoły, mieć zwykłych przyjaciół!? – Wykrzyknęłam zdesperowana.
-Tak, ale nie o tym mowa. Twoi przyjaciele nie są naprawdę twoimi przyjaciółmi. Gdy nie chcesz aby ktoś cię lubił, on nie będzie cię lubił, natomiast gdy chcesz mieć przyjaciół, wszyscy będą dla ciebie przyjaciółmi. Dlaczego? Ponieważ jesteś wybranką.
Po kilku tygodniach byłam przygotowana do wyjazdu do Mrożkowa Sknalskiego. Bardzo zastanawiało mnie co mi się tam przydarzy, czego się nauczę. Stałam przed drzwiami domu i oczekiwałam nadejścia ciotki Lizbeth. Byłyśmy umówione na 9:30, a była już 9:40. Zmęczona oczekiwaniem usiadłam na schodach i oparłam się o filar.
-Łucja!
Odwróciłam się. W moją stronę biegł Mateusz. Co miałam mu powiedzieć?
-Siema, Łucja! To co wydarzyło się w kinie nie miało żadnego sensu, to był przypadek. Przepraszam, rozumiem, że nie byłaś jeszcze gotowa – uśmiechnął się do mnie.
-Nie, nie mogę ci tego wytłumaczyć. To…
-Rozumiem. To skomplikowane. Muszę lecieć. Przyjdź w poniedziałek na basen. Do zobaczenia!
-Mateusz! – nie usłyszał.
Siedział na schodach jeszcze jakieś pół godziny. Gdy Lizbeth przyjechała była zdziwiona, że na nią czekam. Przecież umówiłyśmy się na 10:30.
-Jak to na 10:30, na 9:30! Lizbeth, pomyśl!
-Łucjo, moja pamięć nie jest już taka dobra. A teraz złap mnie za rękę – złapałam. – Mivenius czkikus!
Po chwili znalazłyśmy się w Mrożkowie Skanlskim. Poszłyśmy do jakiegoś gabinetu gdzie czarodziejka Felicja podała mi klucz do pokoju i plan lekcji. Lizbeth musiała wracać, a ja zmartwiona szłam w stronę akademika. Wokół mnie był straszny gwar. Dwie czarodziejki bliźniaczki patrzyły się na mnie jak na dziwnego stwora. Nagle na kogoś wpadłam.
-Przepraszam to moja wina – powiedziałam i spojrzałam w dół, zobaczyłam tą rudą czuprynę i już wiedziałam kogo mam przed sobą. – Bella! – wykrzyknęłam.
-Łucja! Co ty tu robisz? Od kiedy się tu uczysz? – Bella nie wyglądała jak Bella, ubrana była w zieloną sukienkę z dużym kołnierzem w jaśniejszym odcieniu i dekoltem w serek, z tym że z kątem rozwartym. Na dole sukienka przestawała być obcisła jak gorset tylko tak jakby stała. Jej włosy nie wyglądały tak jak w szkole. Były rozpuszczone, uczesane! A mniej więcej pośrodku głowy miała kucyki, po każdej stronie jeden. – Musze iść, Berry na mnie czeka.
-Berry to?
-Mój chłopak.
-Aaa.
Szłam dalej w stronę…akademika? Nie wiem jak tu się to nazywało. Wszyscy wyglądali tu inaczej, wszystko było tu inne. Gdy w końcu doszłam do akademika zobaczyłam, że mój pokój znajduje się na 109877654 r. Z tym że co oznacza r? Znak prowadził w prawo więc w tą stronę poszłam. Po około pięcio minutowej wędrówce doszłam do 109877654 r. i jak zauważyłam jest to roemus, czyli budynek w kolejności od Pałacu Królowej Irtch. Weszłam do budynku, mój pokój był naprzeciw drzwi, włożyłam klucz i otwierałam powoli drzwi, gdy je otworzyłam zobaczyłam latające w powietrzu łóżko w kształcie liścia, a nad nim zwisał liść. Po drugiej stronie pokoju w powietrzu latał liść, czyli biurko. Dywan był także w kształcie liścia, a okno było w kształcie koła. Pokój był…niezwykły. Postawiłam walizkę i podeszłam do okna. Z daleka było widać jakiś szpic, zastanawiało mnie co to, oprócz tego widziałam las, nie bez powodu mój pokój był tak urządzony, był to pokój „Liść zorzy o poranku”, dziwna nazwa, ale to właśnie pisało na drzwiach. Włączyłam komputer, który stał na biurku i usiadłam na listku. Weszłam na jakąś dziwną stronę, nie wiedziałam jaka to. Jednakże była w niej wyszukiwarka, wpisałam w nią „Pałac Królowej Irtch”. Weszłam na pierwszą stronę, która się pojawiła.
Pałac Królowej Irtch – pałac, który w 103456 roku królowa Irtch wniosła na cześć słońca. Jest on widoczny w każdej części Świata Magii.
Do tego momentu czytałam, więc wychodzi na to, że to co widzę w oknie to Pałac Królowej Irtch. Wstałam od komputera i spoglądnęłam na plan lekcji. W poniedziałek – nauka rozbawiania zwierząt – panna Grydia Machnolia, godz. 12.49 – 15.56. Ciekawe lekcje tu będą, nie ma co. Wtorek – nauka zaklęć – panienka Krytia Jedwabna, godz. 11.21 – 13.59. Dziś był wtorek, godzina 9.01, miałam jeszcze bardzo dużo czasu, a reszty planu nie chciało mi się czytać. Popatrzyłam na kalendarz 56 miernego 289999 roku. Podeszłam do komputera i na tej samej stronie wpisałam „Mierny”, jak się okazało jest to miesiąc w którym królowa Merna urodziła królową Irtch. Położyłam się na łóżku i zasnęłam. Obudziłam się o 11.15. Wyskoczyłam z łóżka, zamknęłam pokój i biegiem puściłam się do sali nr. 76, 109877765 r. Gdy dobiegłam była 11.20, zdążyłam. W klasie było tylko jedno wolne miejsce, obok jakiejś dziewczyny. Miała taki sam strój jak Bella, z tym że bardziej poozdabiany i fioletowy. Jej włosy były długie, sięgały jej do pośladków, a z kilku włosów, bo miała ich wiele, został zrobiony kucyk, jak się postrzegłam były to włosy z grzywki. Jej włosy były brązowe, oczy niebieskie. Uśmiechnięta spojrzała na mnie i zachęciła żebym usiadła obok niej. Odwzajemniłam uśmiech i poszłam w stronę ławki. Jej policzki były lekko zarumienione.
-Witaj. Nazywam się Anastazja, pochodzę z rodu Kuczczich z dalekiej Mitani. A ty?
-Nazywam się Łucja Gryfina Akacja, pochodzę z rodu…
-Rozumiem, jesteś ze świata ludzi. Więc jak masz na nazwisko.
-Chranecka.
-Skąd przybywasz?
-Z Polski, z małej nadmorskiej miejscowości Rewal.
-No i ułożyłam wszystko za ciebie. Siadaj.
Usiadłam. Po chwili do klasy weszła nauczycielka, kichnęła i zawołała:
-Łucja do mnie! Apsik! Nienawidzę kwiatów Aprobatis, mam na nie uczulenie, a panna Fredrich rozsiewa je po całej uczelni Mrożków Skalski, zwanej Kryształkiem.
Podeszłam do pani Kryti Jedwabnej. Popatrzyła na mnie.
-Łucja. O matko… Dlaczego tak wyglądasz? Wyjdź z mojej klasy i wróć ubrana i uczesana tak jak należy!
Byłam zdziwiony tym faktem, Krytia podała mi jeszcze książki, wzięłam je i wyszłam. Na dziedzińcu nie było już takich tłumów. Szłam chodnikiem i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Podeszłam do ławki i usiadłam na niej. Położyłam książki obok siebie. Wokół mnie kręciło się pełno czarodziejek i czarodziei. Zaczęłam płakać. Nie wiedziałam co ja tu robię. Wiedziałam, że jestem jakąś wybranką, ale co to oznacza? Nie rozumiałam nic z tego świata. Wstałam i wytarłam łzy. Poszłam do gabinetu, tam gdzie dostałam plan.
-Dzień dobry. Chcę dostać swój strój.
-Witaj, Łucjo. Twój strój jeszcze nie jest gotowy. Ale dam ci zastępczy, a o uczesanie się nie martw. Ktytikum uczynium.
Po chwili moje włosy były spięte w jednego warkocza, choć normalnie spiąć tak da się je jeśli włosy będą bardzo mnie ciągnąć, a teraz nie czuję nic. Natomiast mój strój to niebieska, stojąca spódniczka i bluzka na ramiączkach, która u dołu miała trójkąt, który wchodził na spódniczkę. Za buty miałam balerinki z perłą na czubku. Ubrana wyszłam i szłam w stronę klasy. Weszłam. Krytia spojrzała na mój niebieski strój z zazdrością. Usiadłam w ławce obok Anastazji i położyłam książki na ławce.
-Nieźle ją wkurzyłaś. Krytia jest bardzo wredną nauczycielką, wiele osób uważa, że powinna się leczyć. Ciebie będzie szczególnie nie lubić, w końcu, jesteś wybranką. Gdy ja przyszłam tu do szkoły Krytia już pierwszego dnia zaczęła na mnie krzyczeć, ponieważ miałam kupione od starszego rocznika książki. U niej musza być nowe. Jedyną osobą, którą lubi jest Urszula Krecka. Jest kujonicą, ale jest tak samo cienka jak Krytia gdy była w jej wieku.
O godzinie 13.59 zakończyła się lekcja. Wyszłam z klasy i poszłam w stronę jadłodajni. Za mną biegła Anastazja, po chwili mnie dogoniła.
-Jakie masz jutro lekcje? W środy zawsze są dwie, a tak po jednej. Tylko Urszula ma codziennie po dwie, rodzice kazali. Gdy dowiedzieli się, że wybranka będzie się tu uczyć strasznie się wkurzyli i powiedzieli, że wybranka nie jest godna chodzić do szkoły z ich córką – Anastazja szła obok mnie. – Dzisiaj na obiad ma być galaretka, radzę wziąć ci wziąć zupę, będzie pomidorowa, wtedy dostaniesz dokładkę galaretki, a jest ona naprawdę wyborna. Może opowiem ci coś o szkole. Nasze stroje są zależne od koloru łęgów pustynnych, moje są fioletowe, twoje niebieskie, a zapewne wiesz, że niebieskie są niepowtarzalne, dlatego ty jedyna jesteś ubrana na niebiesko. Najfajniejszą nauczycielką jest chyba Grydia Machnolia i Vivienne Olcha. Vivienne jest nauczycielką historii czarodziejek. Jej córka, Irtch Olcha jest w naszym wieku, a nazwana jest tak na cześć Królowej Irtch.
Doszłyśmy do stołówki, Anastazja przywitała się z jakąś dziewczyną, wyglądała na około 2 lata młodszą. Obiadówka była Salą Stokrotek. Płatki były krzesłami, a całe kwiaty były stołami. Wzięłam zupę i zjadłam ją, galaretka rzeczywiście była wyborna. Siedząc przy stole zauważyłam Belle, stała w koncie, no nie stała, całowała się z kimś w koncie. Ten ktoś to zapewne Berry.
-Patrzysz się na Belle. Chodzi z Berrym a całuje się z Yurim. Biedny Berry, gdyby tylko ją widział…
-Słyszę w twoim głosie nutkę zazdrości.
-Berry to mój były, rzucił mnie dla niej. Teraz się przyjaźnimy, no ale ja…
-Rozumiem.
Siedziałyśmy w ciszy. Patrzyłam się na Belle, miałam szczerą nadzieję, że Berry zaraz tu wejdzie i ją zobaczy. Przestała, wzięła Yuriego za rękę i szła w moją stronę.
-Łucja! To Yurim, mój…nie chłopak, mój ktoś, po prostu się lubimy – uśmiechnęła się do mnie i dała mu buziaka w policzek. – Anastazja widzę, że zaprzyjaźniłaś się z Łucją, w końcu sobie kogoś znalazłaś, po rozstaniu z Berrym.
Anastazja wstała, była bliska płaczu. Wybiegła.
-Dlaczego to zrobiłaś? – spytałam Belle i pobiegłam z Anastazją.
Gdy wybiegłam z jadalni zobaczyłam Anastazję siedzącą na ławce.
-Anastazja, Stazja, mogę tak do ciebie mówić?
-Oczywiście. Berry był moim pierwszym chłopakiem, chodziliśmy z sobą rok. Byliśmy bardzo zżyci – mówiła przez płacz. – Berry początkowo nie zwracał uwagi na Belle, ale ona nie mogła tego znieść, zaczęła się wokół niego kręcić, rozkochała go w sobie. Berry przyszedł do mnie zapłakany, pocałował mnie i powiedział, że zakochał się w Belli i nic nie może z tym zrobić, choć mnie nadal kocha – przytuliła się do mnie i płakała mi w ramię, siedziałyśmy tak może kilka minut, a może nawet godzinę, nie wiem. Gdy tak siedziałyśmy podszedł do nas jakiś chłopak.
-Ana, co się stało? – chłopak był bardzo ładny, miał czarne włosy, grzywka spadała mu na oko, miał zielone, magnetyczne oczy i zalotnie się uśmiechał. – Ana, co z tobą?
Stazja podniosła głowę i spojrzała na chłopaka.
-Berry, ona znowu, ja nie wytrzymam – puściła mnie i wtuliła się w chłopaka. – Berry, ja już nie wytrzymuje, ona mnie niszczy, zdradza cię, a ty nic o tym nie wiesz, ona cię nie chce, a ja…
-Ana, tyle razy o tym rozmawialiśmy, Ana, proszę, nie zmyślaj, wiem, że bardzo chciałabyś żebyśmy byli razem, ale.
-Ale ona mówi prawdę! Jak możesz jej nie wierzyć!? – wtrąciłam się. – Ona cię kocha bałwanie!
Berry spojrzał na mnie zaskoczony.
-A ty to?
-Łucja, z klanu Chraneckich, z Polski, z małej nadmorskiej miejscowości Rewal.
Ze stołówki wyszła Bella, całowała się z Yurim. Berry to widział, łzy popłynęły z jego oczu, podniósł głowę Stazji i pocałował ją. Bella spojrzała w naszą stronę wyraźnie wkurzona, tupnęła nogą i odeszła, a Ana, jak nazywał ją Berry, stała całują się z nim przez jeszcze nie krótką chwilę. Zostawiłam ich samych.
[Obrazek: 1tLhpRw.png]
Odpowiedz
#4
Baardzo fajnie. :33 Tylko troszkę za szyko akcja się dzieje.
Czekam na więcej~ <3
[Obrazek: PYf9yLD.png]
Odpowiedz
#5
Już daję więcej. Ostatni z nudnych rozdziałów. Harry mnie natchnął.
***
Masdamer – 5
Przyzwyczaiłam się do tego, że chodzę tutaj do szkoły mimo wakacji w „moim” świecie. Nadchodziły wolne dni, cały tydzień, tak tu było. Często spotykałam się ze Stazją i Berrym. Byli szczęśliwi i ja też. Zdążyłam poznać tu wiele ludzi. Ludwika, Krykona, Lirę, Montę i Montiego, Derona, Felicję, Grygię… Ale najlepiej dogadywałam się z Ludwikiem, Berrym i Anastazją. Siedziałam w pokoju i pisałam SMS do Mateusza „Przykro mi, musimy zerwać. I to nie tak, że coś do ciebie mam, po prostu jak już mówiłam to skomplikowane. Przykro mi. Może kiedyś się jeszcze spotkamy.” Odetchnęłam i schowałam telefon do szafki. Położyłam się na łóżku, od jutra mam wolne, cały tydzień. Zero nauki. Bawiłam się łęgami pustynnymi gdy usłyszałam pukanie.
-Proszę! – krzyknęłam.
Do pokoju wszedł Ludwik. Miał niebieskie, długie jak na chłopaka włosy i niebieskie oczy. Był wysoki i blady, zawsze zarumieniony i uśmiechnięty.
-Łucja, cześć! Ładnie to tak leżeć w urodziny?
-Skąd wiesz?
-Wiem o tobie wszystko – uśmiechnął się i usiadł na moim łóżku. – Zaprosiłem Stazję i Berrego, chyba się nie gniewasz.
-Oczywiście, że nie – odwzajemniłam uśmiech.
Siedział tak obok mnie i bawił się moimi włosami.
-Strasznie ci urosły odkąd pierwszy raz się spotkaliśmy. Pamiętam cię wtedy, minął już chyba miesiąc. Byłaś taka zagubiona, nie mogłaś się odnaleźć – położył dłoń na mojej twarzy. – Jesteś bardzo ładna, wiesz? – zarumieniłam się, mówił tak spokojnie, zawsze się dogadywaliśmy.
-Proszę, nie chwal mnie tak. Czuję się wtedy niezręcznie.
-Rozumiem, ale…-położył się obok mnie. – Trudno mi cię nie chwalić, jesteś taka ładna, miła, niezwykła.
-Proszę – usiadłam – nie jestem taka jak ci się wydaje. Może dla ciebie jestem ideałem, ale ja wcale taka nie jestem.
-Jesteś.
Rozległo się pukanie do drzwi. Ludwik wzdrygnął się i usiadł.
-Proszę! – krzyknęłam.
-Wszystkiego najlepszego, Łi! – wykrzyknęli razem Stazja i Berry.
-Dziękuję, nie musieliście się tak starać – w ręku trzymali tort i prezent.
Podeszłam do nich i ucałowałam ich w policzek.
-Proszę. Raczej ci się spodoba, a tort, jest pyszny. Nie pytaj skąd wiem – powiedział Berry.
-Jagódko, Stazjo, dziękuje wam.
-To także od Ludwika, on wybierał prezent, tort Jagodek, a ja, ja wszystko wymyśliłam i nadzorowałam – Ana podała mi prezent i przytuliła, a z drugiej strony rzucił się na mnie Berry, Ludwik siedział zawstydzony na łóżku.
-No to co? Kroimy tort? – spytał Ludwik, a ja nie chciałam go zasmucić, podeszłam do niego, dałam mu buziaka w policzek i przytuliłam. – Czy to oznacza, że go kroimy?
-Kroimy! – wykrzyknęliśmy wszyscy.
Jagódka i Stazja usiedli na liściowych krzesełkach, a Ludwik i ja na łóżku.
-Co będziemy robić w ten tydzień? Moglibyśmy pojechać do Pałacu Królowej Irtch, chociaż tam będzie wycieczka, a może, nie. Może będziemy siedzieć razem w pokojach. No to jutro o 11 u Łi w pokoju, pojutrze może u mnie, w środę powłóczymy się po dziedzińcu?
-Ja się zgadzam – powiedział Ludwik, Jagodek kiwnął głową, ja także.
Zdążyliśmy zjeść tort, włączyłam telewizor i zaczęliśmy go oglądać, w pewnym sensie. Berry i Stazja leżeli na dywanie i „miziali się”, a ja z Ludwikiem leżeliśmy na łóżku. Dostałam SMS, od Mateusza „Przykro mi, no ale jeśli to konieczne to ci wybaczam ;D. Na pewno się jeszcze spotkamy, wierze w to.”
-Kto to napisał? – szeptem spytał Ludwik.
-Mój kolega za świata ludzi, nic ważnego – odłożyłam telefon
-Jak to nic ważnego? Powiedz mi, proszę – spojrzał na mnie wzrokiem przybitego psa. – Proszę.
-Mój były chłopak, właśnie z nim zerwałam. Chyba wiesz dlaczego.
-Oczywiście, że wiem. Ale, mogę rozumieć, że teraz jesteś wolna.
-No, tak.
Leżeliśmy i oglądaliśmy. W telewizji leciał jakiś nudny film. Gdy byłam bliska zaśnięcia poczułam, że czyjaś dłoń dotyka mojej. Wzdrygnęłam się. Spoglądnęłam w dół i zobaczyłam dłoń Ludwika, która powoli zbliżała się do mojej, przesunęłam dłoń, usiadłam.
-Stazja, Jagodek, przełączcie na coś innego to jest nudne – powiedziałam.
-My już się chyba będziemy zbierać, prawda Jagodek? – przytaknął. – Do zobaczenia jutro! O której to miało być, 11, tak? Pa!
Wstali i wyszli, a ja zostałam w pokoju sama z Ludwikiem.
-Ty chyba też powinieneś się już zbierać.
-Wyganiasz mnie?
-Nie. Oczywiście, że nie. To byłoby nieuprzejme, ale jest już dosyć późno.
-Przepraszam, że cię zawstydziłem. To się więcej nie powtórzy, przyrzekam – spojrzałam na niego, siedział przygnębiony i wiązał buty.
-Ludwik, chyba się nie obrazisz? – nie odpowiedział. – Ludwik, Ludwiczek, halo – nie odpowiedział, siedział i wiązał buty, po czym wyszedł bez pożegnania. Zrobiło mi się strasznie smutno, bliska płaczu położyłam się do łóżka. Zasnęłam.
Następnego dnia obudziłam się w okolicach 10:30, za pół godziny przyjdą Stazja i Berry, bo co do Ludwika pewności nie miałam. Przetarłam oczy i wstałam, na biurku leżał jakiś liścik „Przepraszam Łucjo, źle się zachowałem, myślałem tylko o sobie. Jeśli nie chcesz, możemy się już nigdy nie zobaczyć. Przepraszam, przyjdę jutro rano wcześniej, jeśli będziesz chciała to mnie wpuść, jeśli nie, zrozumiem. Ludwik.” Łza popłynęła mi po policzku, zawsze się tak dobrze dogadywaliśmy, a teraz. Ubrałam się i umyłam, gdy dochodziła 10,50 usłyszałam pukanie. Ludwik.
-Cześć – powiedział niepewnie. – Mogę wejść?
-Nie wygłupiaj się, wchodź.
Zaskoczony wszedł do mojego pokoju, wyglądał na zagubionego.
-Siadaj, nie zachowuj się jak dziecko – usiadł, spojrzał na mnie, jakby nie wiedział o co chodzi. – Ludwik? Co z tobą? – usiadłam obok niego.
-Myślałem, że się obraziłaś – ucichł. – Bo ja, no, chciałbym z tobą chodzić.
-Ludwik – obróciłam się do niego – ja nie powiedziałam, że nie chce, tylko, no po prostu nie jestem pewna czy to to co teraz potrzebuję.
-Mogę pomóc ci wybrać, jeśli chcesz – przytaknęłam, nie wiedziałam o co mu chodzi.
Ludwik przyciągnął mnie bliżej siebie i usadowił na swoich kolanach.
-Tylko się nie obraź, proszę.
Nie wiedziałam co chce zrobić, czegoś się obawiałam, ale czego? Obrócił moją twarz, tak, że była równo naprzeciw jego twarzy. Twarz Ludwika była coraz bliżej mojej, czułam jego ciepły oddech. W końcu jego twarz zetknęła się z moją, pocałował mnie.
Wolny tydzień minął bardzo szybko. Gdy w poniedziałek rano wstałam byłam zaskoczona, że to już. Szłam przez dziedziniec w stronę klasy 14, 109898456 r.
-Łucja! – obróciłam głowę, w moją stronę biegł Ludwik. – Cześć! – w poniedziałki mieliśmy razem lekcje, co nie powiem, sprzyjało mi. I to nie tak że z sobą chodzimy, bo nie chodzimy.
-Cześć.
Szliśmy dróżką w stronę sali, lekcja rozbawiania zwierząt. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam nazwę tej lekcji myślałam, że to jakiś żart, a jest to bardzo ważna lekcja! Kiedy toczy się bitwę, czarownicom bardzo potrzebne są zwierzęta, jednakże zwierzęta, które nie mają humoru nie będą chciały z nami współpracować, a po rozbawieniu, i owszem. Weszliśmy do Sali i usiedliśmy w ławce.
-Nie mogę uwierzyć, że ten tydzień tak szybko zleciał – powiedział wyciągając książki. – To zapewne przez to, że był spędzony z fajnymi osobami, a nie moją rodzinką.
-Możliwe, aczkolwiek, stęskniłam się za lekcjami.
-A za…?
-Nie, no może tylko za nią. Gdyby Krytia przestała uczyć w naszej szkole…
-Marzenia.
-Dokładnie. Choć warto marzyć.
-Oczywiście – odpowiedział mi, a ja kontem oka zauważyłam, iż panna Grydia wchodzi do Sali.
-Dobry dzień, dzieci! Nie odpowiadajcie. Mam dla was dobrą wiadomość, od tego tygodnia wasza nauka wzbogaci się o wykorzystywanie teorii w praktyce, a zawsze się mnie o to dopytywaliście – usiadła na krześle, które jak zawsze przesunęła przed biurko. Panna Grydia była około pięćdziesięcioletnią kobietą, wśród jej czarnych, sięgających połowy pleców włosów widać było już oznaki siwienia, na jej twarzy widoczne były nieliczne zmarszczki. Oczy miała koloru zielonego. Odziana była w płaszcz koloru zielonego, co oznaczało, że jej łęgi pustynne miały kolor zielony, a pod nim miała białą bluzkę i czarne dżinsy. – Oczywiście, tylko mnie się o to pytaliście. No więc, powinniście pamiętać jedną z naszych pierwszych lekcji, dotyczącą gryzoni. Chomiki są jednym z najprostszych zwierząt do opanowywania, czyli rozbawiania. Proszę podejdźcie i weźcie te chomiki po jednym na ławkę! – Ludwik stał i poszedł po jednego z gryzoni, przyniósł słodkiego albinosa, jednakże jego futerko nie było białe, a kremowe. – Chomiki rozbawić można zaklęciem Gryfindusa, każdy powinien je pamiętać, ale dla nieuków – tu znacznie spojrzała na Belle i jej koleżków – mogę je powtórzyć, lecz czy chcecie? – oczywiście zagadane towarzystwo siedzące przy stoliku obok okna, zbyt było zajęte rozmowami, by usłyszeć słowa nauczycielki. – Rozumiem, że nie. Dobrze, resztę zostawiam wam, macie pół godziny, po tym czasie sprawdzę jak wam to wyszło.
-To ty pierwsza? Okej? – przytaknęłam.
-Gryfidus rozbatius – chomik zaczął kręcić się w kółko, coraz szybciej i szybciej, tylko mi przydarzyło się coś takiego, coś poszło nie tak. – Lomulus! – wykrzyknęłam na całą klasę, a chomik, przestał. Szczerze mówiąc, nie powinnam była tego robić, znałam to zaklęcie z księgi, którą wkradłam w bibliotece. Miałam dość samej teorii i niemożliwości wykonywania zaklęć przez nas.
-Skąd…ty…? – Ludwik patrzył na mnie zdziwiony, z jego twarzy zszedł uśmiech, a oczy otworzyły się szeroko. – Jak…? Co…? – przestraszona spojrzałam na niego, lecz ja miałam na sobie spojrzenie całej klasy.
-Łucja, co się stało? Skąd ty znasz zaklęcie Łucji Adrockiej!? Skąd? – zapytała, a raczej wykrzyczała panna Grydia.
-Ja…ja znam je z podręcznika – skłamałam.
-Nie kłam! My nie nauczamy tego zaklęcia! Jest ono bardzo niebezbieczne! Nie powinnaś była, żadna z nauczycielek tej szkoły nie opanowała go, a ty? – spojrzała na mnie znacząco, po czym to samo zrobiła w stosunku do klasy. – Mam nadzieję, iż reszta klasy nikomu nie powie o tym wydarzeniu, ma ono pozostać tajemnicą, a jeśli ktoś się wygada, to go znajdę. – Lekcja przestała wyglądać normalnie…
[Obrazek: 1tLhpRw.png]
Odpowiedz
#6
Fajnie, podoba mi się. :3 A.. ile zamierzasz zrobić rozdziałów? :3
[Obrazek: PYf9yLD.png]
Odpowiedz
#7
Krócej o całą stroną, ale trudno. Co do rozdziałów to nie wiem, pewnie sporo.

***

Madamer 6
Od wydarzenia z dnia wczorajszego nic już nie było takie same. Czułam, że ten cały kolorowy świat, który mnie otacza tutaj jest marną przykrywką tego co jest na zewnątrz. Czułam to i wierzyłam, że mam rację. Był to pierwszy dzień w który postanowiłam nie pójść na lekcje. Ubrałam się w zwykły strój, nie mundurek. Postanowiłam zobaczyć co jest zewnątrz Akademii, jednakże to nie mogło pójść po mojej myśli, jak wszystko zresztą. Na chwilę przed moją teleportacją do pokoju wszedł Ludwik, oczywiście nie pozwolił mi pójść samej. Tak więc, miałam towarzysza. Co, nie powiem, nie sprzyjało mi. Pod żadnym względem. Żadnym. Chwila kłótni, zaklęcie i już byliśmy poza Akademią. Sama nie spodziewałam się aż takiego widoku. Niebo było jakby ciemniejsze, budynki szare i walące się. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Powoli zaczęłam rozumieć co oznacza, że jestem wybranką. Ludwik był jeszcze bardziej przerażony ode mnie. Rozglądał się niepewnie i strachliwie, po raz pierwszy zauważyłam, że się nie uśmiecha.
-Idziemy? – spytałam.
Przytaknął i poszliśmy. Przeszliśmy przez ulicę i szliśmy w stronę jakiejś rudery. Wokół nie było ani śladu żywej duszy, kiedy nagle zza zakrętu wyskoczyło coś na kształt kota, nie wyglądało na agresywne.
-Łucja, wiesz co to?
-Nie. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. – Kotopodobne Coś miało niebieskie oczy, a w nich czarne owale o ostrych dwóch brzegach, na zakończeniach uszu mało kilka długich kłębków futra. Jego pysk podobny był do psiego, jednakże wystawały z niego ostre kły. Całe było koloru granatowo szarego. – Kotku, lub czym jesteś, nic nam nie zrobisz prawda? – podeszłam do zwierzęcia i pogłaskałam z jego oczu znikło napięcie, wskoczył mi na ręce. – Jest niegroźny. Ludwik, idziemy dalej.
-Nie wiem czy to dobry pomysł.
-Słuchaj, ja chcę zobaczyć co jest poza Akademią i mnie przed tym nie powstrzymasz. Idziesz czy wracasz? – powiedziałam, a raczej wykrzyknęłam, a ten przytaknął.
Szliśmy jeszcze długo, nic nas już nie zaskoczyło. Trzymałam w rękach Coś i głaskałam, był taki słodki. Omijaliśmy stare i walące się budynki, restauracje, których okna były zasłonięte czarnymi roletami.
-Jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć musimy wejść do którejś z tych restauracji, tudzież kawiarni. Jednakże żadna z nich nie wydaje się być otwarta, nie rozumiem tego – usiadłam na ławce – w Akademii wmawiają nam, że to wszystko jest takie piękne, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
-Widzisz, ja o tym wszystkim wiedziałem. Wychowałem się w takiej okolicy – spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa. – Akademia też wyglądała podobnie, ale wtedy nadszedł czas twoich 13 urodzin, czy tam 14 i miałaś się dowiedzieć o tym kim jesteś, więc zmieniono wygląd Akademii żebyś się w niej dobrze czuła i nie myślała o swojej misji zmienienia tego co tu jest. Wszyscy myśleli, że się wszystkiemu podporządkujesz, ale ty… Zawsze myślałem, że będzie przez to jakąś zadufaną lalunią, która jest wybranką i cały czas się tym chwali, ale ty…okazałaś się zupełnie inna.
-A więc to wszystko tak wygląda i każdy o tym dobrze wie, oprócz mnie!? Dlaczego mi nie powiedziałeś!? Myślałam, że się przyjaźnimy.
I wtedy to się wydarzyło, naskoczył, a raczej nadleciał na nas jakiś ptak, leciał prosto na nas, wyraźnie agresywny. Szybko wypowiedziałam jakieś zaklęcie i wycelowałam różdżką w stworzenie. A potem był już tylko głuchy pisk i ciemność…
Obudziłam się w sali akademickiego szpitala. Spojrzałam na siebie, byłam cała w krwi, tylko czyjej. Obok mnie leżał Ludwik, wyglądał podobnie do mnie.
-Co się stało? – spytałam.
-Nie wiem, wypowiedziałaś zaklęcie, ptak wybuchł i zemdlałaś, a ja szybko nas tu przeniosłem i sam zemdlałem.
-Matko… Ale nic ci nie jest, Ludwiś? – po raz pierwszy powiedziałam do niego Ludwiś, uśmiechnął się zmieszany.
-Nie, Łi, a tobie?
-Także – zapanowała długa cisza, zasnęłam.
Obudziły mnie głosy dochodzące zza drzwi.
-Wiedziałam, że to zły pomysł zamykać ją w szkole i nie mówić jej o tym co musi zrobić. Powinna wiedzieć co oznacza być wybranką, a Lizbeth powiedziała jej bardzo mało – nie umiałam rozpoznać głosu.
-A co miałyśmy jej powiedzieć?
-Chociażby to, że jest dzieckiem Szatana.
Wstałam z łóżka i podbiegłam do drzwi, otworzyłam je i zauważyłam wstrząśnięte twarze nauczycielek. Byłam tak zdenerwowana, że nawet ich nie rozpoznałam.
-Co!? Co ma znaczyć, że jestem córką Szatana!? – mój głos zmienił barwę, stał się mocny i męski, był straszny. – Powiedziałam coś, co to ma znaczyć!? – powiedziałam już mniej krzycząc, nie każdy musiał wiedzieć kim jestem.
-Łucja, uspokój się. Proszę, ubierz się i przyjdź do mnie do gabinetu, a ja wszystko ci wytłumaczę. – Dopiero teraz rozpoznałam twarz pani dyrektor.
Nauczycielki odeszły, a ja zauważyłam, że wokół mnie wibruje niebieskie coś, spojrzałam w lustro i się przestraszyłam. Moje źrenice zmieniły się na czerwone, z czoła spływał pot. Przejeżdżając językiem po swoim uzębieniu poczułam, że moje kły urosły o kilka centymetrów, włosy były rozczochrane. Podeszłam do łóżka i usiadłam na nim. Co to miało znaczyć? Jednakże ciekawość zżerała mnie od środka, chciałam już pójść do gabinetu dyrektorki i dowiedzieć się wszystkiego. Uczesałam się i ogarnęłam. Poszłam do pokoju wziąć prysznic. Ubrałam się w czarne spodnie z niskim krokiem, bardzo luźne i krwistoczerwoną bluzkę z napisem „I’m devil”. Wyszłam. Pewnym krokiem szłam dziedzińcem uchwytując wzrok wszystkich znajdujących się tam. Czy oni wiedzieli kim jestem? Źrenice nie zmieniły jeszcze koloru na normalny, a kły nie wróciły do poprzedniego rozmiaru lecz nie zwracałam na to uwagi. Berry i Stazja siedzieli na ławce, oni wiedzieli, oni wiedzieli kim jestem nie mówiąc mi tego. „Jak mogli?” pomyślałam i szłam dalej. Weszłam do gmachu budynku dyrekcji. Jedna z sekretarek spojrzała na mnie współczującym wzrokiem, weszłam do gabinetu, aby dowiedzieć się kim naprawdę jestem.
-Łucjo…
-Proszę bez zbędnych uprzejmości. Chcę usłyszeć co ma mi pani do powiedzenia, a jeśli ominie pani jakiś szczegół, gwarantuje, że się o tym dowiem.
-Dobrze. Nie mam zamiaru coś przed tobą zataić. Usiądź proszę, to bardzo długa historia – usiadłam. – Pierwsze co powinnam zrobić to zasięgnąć do historii rodziny Diabolusin, ale to będzie raczej zbędna historia, zapewne twój ojciec ci kiedyś o nich opowie – mój ojciec… - Kiedyś nasz świat wyglądał jak Akademia, kolorowy, przyjemny. Był pełny przyjaźni i miłości. Było to wieki temu, jednakże Bóg obiecał nam, że naśle nam wybrankę, ale Szatan był sprytniejszy. Kiedy świat zaczął powracać do normy, on musiał doprowadzić go do poprzedniego stanu, a najprostszym rozwiązaniem było wsadzić twoją duszę, do ciała wybranki. Musisz także wierzyć, że twój ojciec przez wiele lat toczył walkę z Bogiem, ale ją przegrał. Świat ludzi jest dla Boga najważniejszy, a bez naszego będzie nic niewart i nieskłonny do życia…
-Dziękuje. Mam nadzieję, że niczego pani nie zataiła. Żegnam! – rzuciłam szybko i wyszłam.
-Do zobaczenia, Łucjo. – Zdołałam jeszcze usłyszeć.
Biegłam co się w nogach do Stazji i Jagódka, chciałam im wykrzyczeć co o nich myślę i że nie są moimi prawdziwymi przyjaciółmi. I wtedy zemdlałam…
Z czeluści głębokiej dziury wychodził przystojny mężczyzna, o czarnych niczym smoła włosach i niebieskich oczach. Za ręce trzymał dwie dziewczynki. W jednej zauważyłam siebie, druga zaś spoglądała na mnie smutno puszczając rękę nieznanego mi mężczyzny. Mała dziewczynka o długich brązowych włosach i nieziemskich niebieskich oczach oddalała się ciągle spoglądając w moje i nieznajomego oczy. Mężczyzna uśmiechnął się i powiedział do dziewczynki:
-Idź, dziecko moje i spraw aby wszystko co wyrządziło zło na tamtym świecie. Spraw abym odzyskał dobre imię. Marto, dziecko moje.
Marta rozglądała się niepewnie po pomieszczeniu w którym się znajdywała, po czym utkwiła oczy w swych rękach. Rozmyślała nad czymś głęboko. Tym razem Marta wyglądała inaczej, była starsza, miała około 12 lat. Emanowała niezwykłością i dało się zauważyć, że właśnie o tej swojej niezwykłości rozmyśla. Na ekranie laptopa widoczne było okienko Gadu-Gadu w którym niejaka Zuzanna napisała „Jesteś dziwna. Nie umiem określić dlaczego”. Dziewczynka spojrzała na okno komunikatora i napisała „Wiem. Ja również nie umiem tego określić. Być może kiedyś się dowiem”. Zamknęła okno komunikatora i zemdlała.
Otworzyłam oczy, ale nie byłam w Akademii. Rozejrzałam się. Przede mną stała Marta. Ubrana w turkusową bluzę i czarne rurki, przyglądała mi się z zaciekawieniem. Przestrzeń w której się znajdywałyśmy była pokryta białymi łanami zboża, która chwiały się pod wpływem wiatru.
-Kim ty jesteś? – spytała się mnie.
-Nazywam się Łucja, a ty to Marta?
-Skąd wiesz? Co ja tu robię, pewnie mi się to śni. – Dziewczyna opadła na ziemię i rękami złapała się za głowę, którą kręciła z desperacją.
-Gdybym ja wiedziała co tu robimy. Jedno jest pewne, jesteśmy jakby spokrewnione. Przynajmniej tak mi się wydaje po tym co ujrzałam.
-A co ujrzałaś? Czuję się jak jakieś w scenie z filmu czy książki. Proszę, zabierz mnie stąd. Nie chce tu już nigdy wrócić. Chcę żyć normalnie.
-Marto, to niemożliwe. Ja to po prostu wiem.
A potem zapadła ciemność. Ale byłam pewna jednego. Marta jest tym samym co ja. Na pewno.
[Obrazek: 1tLhpRw.png]
Odpowiedz
#8
Jeśli zamierasz napisać sporo rozdziałów, to masz pewnie dużo pomysłów na pisanie, bo jak dotychczas akcja się dość szybko toczy. A jak nie masz wielu pomysłów to potem przez długi okres czasu może być nudno. Ale ja to piszę, tak jakby co. c:
[Obrazek: PYf9yLD.png]
Odpowiedz
#9
Przeczytałam, bardzo mi się podoba. ;3
Nie mam zastrzeżeń, nie znalazłam żadnych błędów.
Przyjemnie się czyta, jest ciekawe. No i czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział. ^_^
Odpowiedz


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Masdamer Noemi 6 1,106 05-02-2011, 20:22
Ostatni post: India



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości