11-10-2010, 16:22
Jejeje! Pierwszy temat po "kasacji forum". XDD
Teraz dam długie opko, już skończone. Jak będziecie chcieli, dam kontynuację, którą cały czas piszę.
----
W cieniu własnego ojca, cz.1.
Ricca była zwykłą lwiczką. Tak przynajmniej wg niej powinno być. Jej ojciec był królem zwierząt, miał własne stado. Ricca nie znosiła, kiedy inne lwiątka odmawiały jej zabawy.:
- Przecież jeżeli ci włosek wyleci, jak będziesz biec, twój ojciec nas wygna albo zabije.
Ricca dobrze wiedziała, że jej ojciec traktuje ją jak świętą krowę, jak boginię. Jeżeli ktoś ją popchnął i upadła, on od razu się wściekał, bo to było zbezczeszczenie jego skarbu, świętej lwiczki. Może teraz trochę o samym królu - był dobrze zbudowanym lwem, miał piękną i bujną kasztanową grzywę, był jasno brązowy. Miał błękitne oczy i na pierwszy rzut oka można było rzec - na pewno jest miły i uszczęśliwia córkę. Katai (bo tak miał na imię) jednak taki nie był. Ricca pamiętała jeszcze, jak to było, gdy jej matka żyła. Katai wtedy inaczej się zachowywał. Był taki, jaki powinien być według ocenienia go po wyglądzie. Jednak gdy Saraw zmarła, została mu tylko córka. Chronił jej, bo wiedział, że żonę stracił, bo jej nie upilnował. Ricca czasem chciała uciec, bo nie miała żadnych przyjaciół, oprócz jednej lwicy - Akity. Akita była już dorosła, ale nie mogła mieć dzieci, więc traktowała ją jednocześnie jak córkę i jak przyjaciółkę.
- Wiesz - zwierzała jej się mała lwiczka. - czasem wydaje mi się, że to stado jest jakieś dziwne - to wszystko przez to, że mój ojciec tak mnie chroni. Nie mogę się bawić z innymi lwiątkami, bo wszystkie się mnie boją. Mam tylko ciebie, i majordomusa ojca, tukana Zawo, ale on jest nadęty i bardzo poważny. Chyba, gdyby nie moje samozaparcie, to kazałby mi się zachowywać jak królowa.
- Przesadzasz, Ricca. Oni wszyscy chcą, żebyś była szczęśliwa.
Wtedy lwiczka wybuchła gniewem:
- Chcą mojego dobra?! Zastanów się, o czym mówisz! Przecież przez te ich starania jestem najnieszczęśliwszym lwiątkiem w całym świecie! - krzyknęła, po czym rozpłakała się i odbiegła.
Głęboko w sercu marzyła, by te słowa powiedzieć prosto w oczy swojemu ojcu, tak, żeby go to dotknęło i żeby się zmienił. Jednak jej sumienie podpowiadało jej, że powinna zachować te żale dla siebie. Teraz trochę o jej wyglądzie - była zgrabną, ciemno brązową lwiczką, z białymi łapkami i pięknymi niebieskimi oczami. Oprócz oczu wszystko odziedziczyła po matce. Mimo swojej zgrabnej i na pierwszy rzut oka nie pozornej posturze, była bardzo silna, jak na lwicę. Cieszyła się, że chociaż wygląd pozostał jej oprócz wspomnień po matce. Ricca ledwo ją znała - ledwo ją pamiętała. Gdy miała 3 miesiące jej matka zginęła. Teraz miała już 10 miesięcy - i mimo krótkiego upływu czasu od tamtej chwili w pamięci zostały jej tylko ostanie słowa Saraw:
"Tak długo jak żyjesz na tej ziemi, tak długo liczy się kim jesteś i kim będziesz". Jej piękne fiołkowe oczy też utkwiły w jej pamięci. Siedziała przy zachodzie słońca na jednej z mniejszych skałek koło wielkiego baobabu, gdy postanowiła, że ruszy w świat w poszukiwaniu nowego życia i nowych przyjaciół, z dala od ojca i problemów. Tam, gdzie mogłaby żyć jak zwykła lwica, w otoczeniu najlepszych przyjaciół i nowej rodziny, aż po kres życia, które nareszcie mogłoby być wspaniałe i lekkie.
W cieniu własnego ojca, cz.2.
Ricca biegła całą noc. Nad ranem, koło głazu przy wejściu do dżungli, zemdlała. Była wycieńczona. Bądź co bądź to jeszcze małe lwiątko. Obudziły ją szepty:
- Co ona tu robi, Halles?
- Nie wiem, Diana. Nie widziałem jej tu wcześniej.
- Ja też. Może to córka Lisy ze Złej Ziemi!
- W takim razie trzeba by było ją.. Zabić. - lwiątko, o imieniu Halles, powiedziało to tak, jaby to była nie uknikniona konieczność.
- Nie! - krzyknęła Ricca, nagle stając na równe nogi.
Lwiątka umknęły za głaz. Po chwili lwiczka, zwana Dianą, wychyliła oczka i powiedziała ze strachem w głosie:
- K...k...k..k.kim jeee...sss..teś?
- Ja... Eee... Jestem Shadow. - skłamała, bo chciała wreszcie zacząć żyć od nowa. Jako Ricca była by nadal księżniczką, ale tylko w najskrytszych myślach.
- Jesteś ze Złej Ziemi? - zapytał trochę już oswojony z sytuacją Halles.
- Nie. Jestem.. Z Krainy Lwów, to daaaleko stąd.
- Uff... Czyli nie jesteś córką Lisy?
- Wychowałam się sama. - powiedziała ze smutkiem. To akurat nie było kłamstwo. Jej ojciec chciał się nią zajmować, ale miał obowiązki, a poza tym Ricca żywiła niechęć do ojca, po tym, jak zmienił się - na gorsze.
- Przykro mi... - powiedziała Diana. - Ja jestem Diana, a to mój brat Halles. Chcesz iść z nami, do naszego stada?
- A mogłabym?
- Jasne! - krzyknęło rodzeństwo, po czym Diana porwała Riccę za szyję i dała znak, żeby pobawili się w berka. Dżungla była piękna - rosło tam tyle kwiatów.
- Jak tu pięknie! - powiedziała Ricca.
- Poczekaj, Shadow, jeszcze się zachwycisz, i to o wiele bardziej! - i wypieła się dumnie, jak dorosła lwica.
Może teraz o nowych przyjaciołach Ricci. Halles był silnym, dobrze zbudowanym lewkiem, był jasno-brązowy z czarną grzywką nad oczami, które lśniły ogniem rubinów. Zaś jego siostra, Diana, ach! Jakaż ona była śliczna. Kremowa lwiczka z niebieskimi błyszczącymi oczami, zgrabna, z pięknym, długim ogonem. Zapowiadała się na ładną pannę.
Nagle Diana doszkoczyła liści przed nimi.
- Droga Shadow, witaj na Rajskiej Ziemi! - i odsłoniła gałęzie.
- Ahh... - Ricca była zachwycona, bezradnie ruszała ustami. Nie nadarmo ta ziemia nazwana była "Rajską". Oczom Ricci ukazał się krystalicznie czysty wodospad, skąpany w blasku porannego słońca, wokół niego była polana, podzielona rzęką, w pięknym niebieskim odcieniu. Polana ta była jasno zielona, hasały po niej młode sarny, a dalej, pod baobabem, wylegiwało się na skałach parę lwic.
- Chodź! - popchnęła Riccę Diana. Ta zleciała ( a raczej sturlała się na dół).
- Łał! - krzyknęła. - Ale super!
- No nie? - wypiął się Halles, udając dorosłego lwa.
- Grzywy ci brakuje, braciszku! - zachichotała ironicznie Diana. Halles nadął się ze złości, jednak szybko wpadł na pomysł. Wskoczył w krzaki po czym wrócił z kiścią brązowych liści na głowie.
- Hahahahaha! - rechotały lwiczki.
- Zaa... Pomnia... Łeś.... - chciała powiedzieć Diana, jednak napad śmiechu jej w tym przeszkodził.
- Co?! - powiedział naburmuszony Halles.
- Grzywka! - udało się wykrztusić duszącej się ze śmiechu Ricce.
Wtedy Halles zawstydził się. Zrozumiał, o co chodzi. Miał małą grzywkę nad oczami, która była czarna! Ale skąd tu wziąć czarne liście. Wyglądał dość głupio, przyznaję.
Gdy lwiczki opanowały się ze śmiechu, chichocząc jeszcze od czasu do czasu, ruszyli w kierunku siedziby stada. Halles patrzył w ziemię, a Diana rzuciła mu jeszcze na koniec:
- Mogłeś wziąć kiść mocno zgniłych bananów, byłyby świetne, bo są czarne. Hahaha...
Halles był wściekły. Ale nie zaregował. Wiedział, że miały prawo się śmiać, w końcu zrobił coś śmiesznego. Tak więc szli już w dobrym na stroju, nawet Halles nieco się rozchmurzył. Szli w kierunku nowego stada Ricci.
W cieniu własnego ojca, cz.3
-To tutaj! - powiedziała Diana.
Ricce ukazało się spore kamieniste wzniesienie. W nim wielka grota, gdzie pewnie spało stado. Na szczycie wzniesienia był powalony pień dębu. Na nim odbywały się chrzciny lwów. Z groty wyjrzała nagle ciemno kremowa, potężnie zbudowana lwica.
- Cześć mamo! - zawołały lwiątka i truchcikiem pobiegły w stronę matki. Mrucząc głośno przytuliły się do niej.
- A któż to! - zawołała lwica, gdy w cieniu drzewa ujrzała lekko spłoszoną Riccę.
- To jest nasza nowa przyjaciółka, Shadow. - wyjaśnił ochoczo Halles.
- Ach, tak? - powiedziała lwica. - Chodź tu, dziecko drogie, niech poznam nową towarzyszkę zabaw moich dzieci!
Ricca była jak skała. Nie mogła się ruszyć. Jednak w końcu się przełamała i podeszła z nieufnością do matki kolegów.
- Jestem Nina, a ty? Ach, Shadow! Przepraszam, ale nie mam pamięci do imion.
- Nic nie szkodzi, proszę pani...
- Skąd jesteś? Nie widziałam Cię tu wcześniej..
- Jestem z Krainy Lwów. Leży nad ujściem Nilu. To bardzo daleko stąd. Pani dzieci znalazły mnie rano nie przytomną przy wejściu do dżungli.
- Dlaczego tu przybyłaś?
- Bo... Wychowywałam się zawsze sama, a moje stado zginęło.
- A więc zostaniesz z nami! - rzekła entuzjastycznie lwica. - Podobasz mi się. Wyglądasz na inteligentną.
- Dziękuję, proszę pani.
- Nie! Nie mów do mnie "pani". Od dziś możesz uważać się za moją córkę. Chodź. Poznasz mojego męża.
Diana podeszła do Ricci.
- Mówiłam! Zostaniesz z nami, tak się cieszę!
- Ja też. Kim jest wasz ojciec?
- Przywódcą stada.
- Och! - Ricca uświadomiła sobie, że właśnie od władzy uciekła.
- Ale nie martw się. Wszyscy tu są równi, nie ma tak, że on jest wążniejszy.
- Inne lwiątka się z wami bawią, nie mówią " Dzień dobry ekscelencjo!"?
- Skąd! Mamy tu wielu rówieśników. Jak tylko poznasz ojca, pójdziemy i przedstawimy ci ich!
- Dzień dobry, dzieci. Witaj Nina. - huknął ojciec Hallesa i Diany. Był wielkim, majestatycznym ciemnobrązowym lwem z piękną, bujną czarną grzywą. Jego oczy były zielone, piękne. Mimo, iż swoją posturą i siłą głosu odstraszał, patrzyło mu z oczu bardzo życzliwie. - Hoho! Mamy tu kogoś nowego!
- To jest Shadow, nasza nowa przyjaciółka. - powiedziała Diana, mrugając porozumiewawczo do Hallesa i Ricci. - Będzie w naszym stadzie.
- A czemuż to? - zdziwił się nieco ojciec lwiątek.
- Sander, wytłumaczę ci wszystko. - powiedziała Nina.
- " Sander! Ach, co za majestatyczne imię! Pasuje do niego." - pomyślała Ricca.
Tak więc Nina, na przemian z komentarzami Hallesa i Diany, opowiedziała mężowi o wszystkim.
- Tak więc, przepraszam, droga Shadow. Zostajesz oficjalnie przyjęta do stada, a także oficjalnie zostajesz przyłączona do rodziny.
Ricca nie posiadała się z radości. Nie myślała, że tak łatwo pójdzie jej zmiana stada. Cóż - w życiu zdarzają się miłe niespodzianki. Ricca miała ochotę wycałować i wyściskać wszystkich, jednak była zbyt nieśmiała.
- Chodź, poznasz resztę lwiątek!
Ricca i jej nowe rodzeństwo udało się w stronę skałek niedaleko groty. Tam wygrzewały się lwiątka.
- Cześć! - zawołały Diana i Halles.
- Hejka! - odkrzyknęły im lwiątka.
- Poznajcie, to jest Shadow. Nasza nowa siostra.
- Cześć Shadow!
- Shadow, to są:
Sora, Lizzy, Tander, Mega i Sophie.
- Cześć!
- Hej, jestem Sora, brat Sophie. Miło mi cię poznać.
- Mi również.
- Ja jestem siostrą Megi, Lizzy.
- Hej.
- Jestem Tander, jestem jedynakiem. Fajnie, że będziesz z nami w stadzie.
- Też bardzo się cieszę.
- Ja jestem Sophie, siostra Sory. Witaj na Rajskiej Ziemi.
- Dzięki!
- A ja jak zwykle na końcu! - powiedział z oburzeniem Mega. - Ale cóż. Ja jestem Mega, brat Lizzy.
- Miło mi.
- No, to jak już się poznaliście, chodźmy nad wodospad!
- O tak! - powiedział Tander. - Mamy tam tajną kryjówkę!
- Zgoda! - uśmiechnęła się Ricca i raźno poszli w stronę wodospadu.
Teraz trochę o rówieśnikach Ricci. Zacznijmy od początku. Sora, był Brązowym lewkiem z ciemno brązową grzywką, miał kremowy brzuszek i łapy, piwne oczy. Lizzy była ciemno brązową, przechodzącą w czerń lwiczką, z zielonymi oczami i kremowymi łapkami i brzuszkiem. Tander, on był dość dziwny. Był cały czarny. Jedynie łapy miał białe, nos ciemno różowy a oczy niebieskie. Mega był dobrze zbudowanym lewkiem, ciągle coś jadł. No - może z przerwami. ;) Był ciemno żółty z kasztanową grzywką. Łapki miał jasno kremowe, oczy - podobnie jak Halles - niczym krwisty rubin. Sophie była jeszcze pięniejsza od Diany - po prostu ideał lwicy. Zgrabna, długa, miała piękne, zgrabne nogi i błękitne oczy, jasno kremowa sierść. A przy tym szybka, wysportowana i silna. Czy może być coś bardziej idealnego?
Gdy lwiątka doszły do wodospadu Halles zaczął wariować. Chciał się odegrać na Dianie za ten numer z liśćmi. Zaczęło się na niewinnych skokach przez pionową taflę wody do groty gdzie lwiątka miały "klub", skończyłoby się na tragedii.
- Halles, opanuj się! - krzyknęła Diana i powaliła brata na ziemię. Jednak ten okazał się silniejszy, a odległość od tafli wody zbyt mała. Zepchnął Dianę a ta wyleciała przez ścianę wodospadu i byłaby zginęła, gdyby nie przytomność Ricci. Umiała pływać, gdy tylko Diana zostałą wypchnięta w ułamku sekundy skoczyła za nią.
W cieniu własnego ojca, cz.4
Ricca wyleciała za Dianą przez taflę wody i wskoczyła za nią do rzeki. Lwiątka wybiegły z przerażeniem z kryjówki i z wybauszonymi oczami patrzyły na rozwój wydarzeń.
- Jezu, gdzie one są! - powiedział płaczliwym tonem Halles.
- Tam! Tam! Widzę Shadow! - krzyknęła Sophie.
Rzeczywiście. Ricca płyneła do tyłu trzymając za skórę na szyi Dianę, nieprzytomną i nieświadomą. Lwiątka pobiegły ku brzegowi rzeki, gdzie dopłynęła Ricca i wyciągała "siostrę" z wody.
- Boże, co ja narobiłem! - płakał nad Dianą Halles.
- Żyje? - zapytała Lizzy.
- Tak! - powiedziała dysząc Ricca.
- Lecę po pomoc! - powiedziała Sophie i nie czekając na reakcję reszty poleciała czym prędzej w górę, nad wodospad, w stronę baobabu, pod którym leżały lwice. Gdy matka Sophie i inne lwice dowiedziały się o tym, poleciały tam, skacząc po skałach obok wodospadu na łeb, na szyję. Matka Diany i Hallesa też była pod baobabem. Przyszła tam, gdy lwiątka wyszły nad wodospad.
- Halles, coś ty zrobił! - krzyknęła i silnym ruchem odepchnęła syna, aż przekoziołkował. Wzieła córkę do pyska i zaniosła do starego baobabu, gdzie mieszkał pawian Shiro, stary szaman. Jedna z reszty lwic, matka Sophie, odprowadziła dzieci do groty.
Ricca zauważyła, że Halles idzie na samym końcu. Zwolniła kroku i podeszła do niego.
- Dlaczego idziesz sam? - spytała patrząc na niego z życzliwością i współczuciem.
- Jak to : dlaczego? Przecież omal nie zabiłem rodzonej siostry.
- To był wypadek przy zabawie, głupiej, przyznaję ale nie zrobiłeś tego specjalnie!
- Wiem...
- Nie smuć się... Bo gdy widzę jak się smucisz, chce mi się płakać...
- Wiesz...
- Co?
- Byłaś bardzo dzielna...
- Mam to po matce...
Ricca była bardzo skromną lwiczką i nie chciała się chwalić tym, że uratowała komuś życie. Każdy na jej miejscu by tak postąpił - więc ona też tak postąpiła. Wolała zginąć ratując Dianie życie niż stać i gapić się jak jej "przyszywana" siostra ginie w odmętach rzeki. Potem miałaby do końca życia pretensje do siebie i nieczyste sumienie, bo nie pomóc komuś, gdy jest w poważnym niebezpieczeństwie dla Ricci było równoznaczne z morderstwem.
Gdy Sander wyszedł naprzeciw matki Sophie i zobaczył, że odprowadza lwiątka a na dodatek nie ma wśród nich jego córki, zaniepokoił się. Jego potężny głos niczym grom rozniósł się w powietrzu:
- Gdzie Diana? Dlaczego je odprowadzasz, Sanabi?
- Później, Sander, nie teraz! Muszę leciec. Z resztą - inaczej. Chodź ze mną. A wy - tu zwróciła się do 7 nieszczęśliwych i przygnębionych szkrabów. - nie ruszajcie się stąd! - i popatrzyła na nich tak surowo, że wszyscy spojrzeli po sobie ze strachem. Gdy Sanabi i Sander wyruszyli do szamana Shiro, wszystkie lwiątka weszły do groty. Nie było tam nikogo - lwy były na polowaniach i spacerach, przywódca stada biegł do szamana z jedną z lwic, a reszta lwic była już z Niną pod baobabem. Lwiątka położyły się. Wszystkie rozmawiały po cichu usiłując ominąć temat tragedii nad wodospadem. Ricca znów ujrzała, że Halles jest z boku - nikomu nie potrzebny, smutny. Diana, mimo wszystko była jego drugą połówką. To była jego siostra, kochał ją nad życie, strasznie źle czuł się z faktem, że mógł ją zabić. Ricca wstała i położyła się obok niego. Nic nie mówiła. Po prostu leżała. Po chwili zobaczyła, że z pięknych rubinowych oczu, zwykle płonących radością, popłynęły łzy i dało się słyszeć ciche szochanie. Inne lwiątka też podeszły do Hallesa. Jednak on najlepiej czuł się w towarzystwie Ricci. Ona jedyna nie widziała w nim teraz mordercy, ale nowego brata i zarazem przyjaciela.
- Nie płacz. - powiedziała Sophie i liznęła Hallesa po policzku. - To nie twoja wina. Ona na pewno wyzdrowieje.
Wszyscy oprócz Ricci i Hallesa wyszli z groty, siedzieli na zewnątrz i korzystali z ostatnich dziś promieni słońca, które właśnie zachodziło. Ricca zawsze była nieśmiała jednak intuicja podpowiadała jej, aby przytuliła się do Hallesa. Tak też zrobiła. Lewki leżały przytulone do siebie, w ciemnej grocie, teraz tak strasznie nieprzyjemnej.
- Shadow?
- Hyym?
- Wiesz... Jesteś inna niż reszta lwiątek. Gdybym nie wiedział, kim na prawdę jesteś, pomyślałbym, że jesteś księżniczką.
- Ależ skąd.. - powiedziała Ricca. Jednak Halles wiedział, że ona jest księżniczką. Wyczuwał to.
W cieniu własnego ojca, cz.5
Wieczorem, już po zachodzie słońca, do groty przybyło stado. Wszyscy byli zasmuceni.
Halles podbiegł do matki. Jednak ta go uderzyła i nie chciała się do niego odzywać. Halles zapłakał rzewnymi łzami i uciekł w kąt groty. Ricce było go bardzo żal, więc poszła zapytać, co z Dianą.
- Żyje - powiedziała Sanabi, gdyż Nina leżała z mężem w osobnym dla nich miejscu i kazali dać sobie spokój. - ale jest w ciężkim stanie. Na prawdę, Shadow, jesteś niesamowita. Gdyby nie ty, Diana nie przeżyłaby.
- Każdy by tak postąpił...
- Nie, Shadow. Tylko prawdziwa, odważna lwica jest w stanie tak postąpić. Wiesz kogo mi przypominasz? Moją siostrę, Saraw.
- Saraw?! - wybauszyła oczy Ricca. - Sanabi, czy możesz ze mną na chwilę wyjść?
- Tak, jeśli to ważne..
- Bardzo.
Wyszły z groty i poszły na szczyt wzniesienia.
- Ja jestem córką Saraw, na prawdę mam na imię Ricca. Saraw nie żyje od siedmiu miesięcy. Katai, mój ojciec, nie upilnował jej, była ciekawska, wszędzie musiała wejść. Któregoś dnia przyglądała się czemuś bardzo, a hieny przepłoszyły stado gnu. Mama spadła w przepaść. Tata i ja znaleźliśmy ją. Jej ostatnie słowa do dziś utknęły mi w pamięci.
- Boże, Ricca! Saraw... Na prawdę... nie wierzę! Dlaczego więc stamtąd uciekłaś?
I wtedy Ricca opowiedziała ciotce całą historię.
- Tylko mam jedną prośbę - powiedziała kończąc wyjaśnienia. - Nie mów nikomu, ciociu Sanabi, że na prawdę jestem księżniczką Riccą. Teraz jestem Shadow z Krainy Lwów. Nie chcę być dalej Riccą - nie mam już tych zmartwień co kiedyś.
- Dobrze.. Ale uważam, że powinnaś się ujawnić. Ale to w końcu twoje życie i ja nie mam prawa się do niego wtrącać.
- Dziękuję, ciociu. - i przytuliła się do jej łapy. Sanabi czuła się tak, jakby przytulała młodą Saraw.
Ricca wróciła do groty. Gdy wszyscy zasnęli, poszła w kąt, gdzie leżał Halles.
- Myślałem, że już nie przyjdziesz, Shadow.
- Dowiadywałam się o stan twojej siostry. Żyje, ale jest w ciężkim stanie.
- Czyli praktycznie nie żyje.. - powiedział z goryczą.
- Halles! Nie wolno ci tak mówić! Trzeba mieć nadzieję. Nadzieja jest matką wszystkich lwów. Tak mówiła mi moja mama.
- Wiesz, ja straciłem nadzieję, a gdy myślę, że ona wyzdrowieje, boję się.
- Czego?
- Że nie będzie chciała się do mnie odzywać.. Gorzej, że ojciec mnie wygna..
- Nie mów tak! Jeśli cię wygna, to w takim razie razem ze mną.
- Dzięki...
- Za co?
- Że we mnie wierzysz i... za to, że jesteś solidarna.
- Och, przesadzasz... - zarumieniła się lwiczka.
Noc minęła spokojnie. Rano, gdy Ricca się obudziła, ujrzała, że obok niej nie ma Hallesa. Dotknęła miejsca, gdzie leżał - zimne.
- O Boże! - szepnęła. Wyleciała z jaskini jak z procy. Uświadomiła sobie, że Halles jest w strasznym stanie, że będzie chciał skończyć ze sobą.
- Powinnam go lepiej pilnować. - pomyślała. Wtedy uświadomiła sobie, że ten sam błąd popełnił Katai. - O straszliwy losie! Chociaż spraw, abym nie była powodem ciągu tragedii!
Gdy doleciała do wodospadu, ujrzała sylwetkę za ścianą wody, w kryjówce. Wskoczyła tam. Halles właśnie chciał skoczyć przez taflę wody, gdy Ricca złapała go za łytkę.
- AAAAAARRRRKKKK! - wrzasnął Halles, gdyż pazury Ricci zatopiły się w jego nodze.
-Nie!Nie!NIE!! - i pociągnęła lewka, tak, że oboje leżeli teraz w kryjówce, głęboko w grocie.
- Zwariowałaś? - zapłakał Halles, patrząc na lekko zakrwawioną tylną nogę.
- A ty?! - powiedziała Ricca z przerażeniem w oczach. Jej wyobraźnia już widziała, jak Halles skacze, wpada do wody, tonie.
Halles poczuł się głupio. Ricca miała rację - zwariował, chciał skończyć ze sobą. Przecież to było szaleństwo.
- Przepraszam. - powiedział cicho Halles. - Ale jak teraz wrócę do groty? Przecież mama mnie zabije...
- Nie zabije. Poczekaj tu. - powiedziała i wyskoczyła z groty. Za chwile była spowrotem.
- To są tak zwane "liście babki". Moja przyjaciółka nauczyła mnie, że są świetne na stłuczenia, złamania i skaleczenia.
- AAAAŁ! - wrzasnął. - Boli!
- Ufasz mi?
- A co to za głupie pytanie?
- Ufasz mi? - powtórzyła Ricca.
- Tak. A co?
- Muszę zawiązać liść lianą. To będzie jeszcze bardziej bolało.
- No trudno... - powiedział i zrobił minę taką, jakby właśnie leżał pod gilotyną i wypowiadał ostatnie życzenie katowi.
- AAAARRRKK!!! AAAAAA! - wrzeszczał.
- Już.
Halles myślał, że zaraz skona. W oczach mu się czarno zrobiło. Zaszumiało w uszach.
- Halles?
- Nic, nic.. To nic...
- Chodźmy..
- Gdzie!? Dokąd?!
- Do groty, głuptasie.
- Ja tam nie wrócę, o nie!
- O tak! - i zaczęła gotować się do skoku. Halles nie chciał mieć do czynienia z pazurami Ricci po raz drugi.
- No zgoda, zgoda...
Poszli w stronę groty. Ich nieobecność zauważyła Nina, zaniepokoiła się.
- Gdzieście byli?!
- Nad wodospadem.. - odrzekł cicho Halles.
- CO?! Mało ci było tego, że o mały włos nie zabiłbyś siostry?! Ja cię nauczę rozumu! - i właśnie miała uderzyć Hallesa, kiedy własnym ciałem zasłoniła go Ricca.
- Ale to nie tak! - krzyknęła.
- A jak, Shadow?!
I wtedy wszystko wyjaśniła Ninie. Powiedziała, że to ona zrobiła Hallesowi to "coś" na nodze, że ona go opatrzyła...
- No już dobrze, dobrze. Halles, wiem, kochanie, że nie chciałeś zrobić krzywdy Dianie, ale trzeba myśleć dwa razy zanim coś się zrobi.
- Wiem, mamo. - płakał Halles. - Już nigdy więcej nie będę się z nikim bił, kiedy będziemy nad wodospadem... Przyrzekam!
- No już dobrze, dobrze, nie płacz.
Kilka dni później Diana wróciła do domu. Była jeszcze słaba, ale mimo wszystko mogła chodzić i mówić. Co prawda - nie chciała na oczy widzieć Hallesa. Ale to wkrótce miało się zmienić. W kolejnej przygodzie, w kolejnym wyśnionym przez Riccę dniu...
W cieniu własnego ojca, cz.6
Ricca chodziła dniami i nocami za Dianą, żeby ta wreszcie zaczęła odzywać się do Hallesa. Jednak nic to nie dało - ona uważała, że on nie zasługuje na jej respekt dla niego. Halles był zrozpaczony. Reszta lwiątek też uważała, że Diana jest nie fair wobec brata, ale ona była uparta jak osioł. Postawiła na swoim i koniec, kropka. Dopiero nowa przygoda miała spowodować, że Diana "będzie spowrotem siostrą Hallesa".
Pewnego ranka dzieciaki wybrały się nad rzekę, gdzie rósł las bardzo wysokich drzew. Chciały się trochę powspinać. Łaziły po drzewach, skakały, zjeżdżały na pazurach... Diana też tam była. Bawiła się z innymi, kiedy nagle zobaczyła młode guźce.
- O jakie one słodkie! - i zaczęła do nich podchodzić.
- Diana! Nie podchodź tam! W pobliżu na pewno jest zła mamuśka, jak zobaczy, że zaczepiasz jej dzieci to cię zabije!"
- Eeee tam! Głupstwa gadasz! - mówiła Diana.
Wtedy z krzaków wyszła " rozwścieczona mamuśka". Rzuciła się na Dianę. Ta chciała umknąć na drzewo, jednak się ześlizgiwała.
- Ratunku! AAAA!!!!! - wrzeszczała.
- Nadchodzę! - krzyknął Halles.
Wtedy zjechał na dół i podciągnął Dianę a guźcową podrapał w oczy tak, że nie mogła go chwilowo dojrzeć.
- Jesteś cała? - powiedział Mega.
- Tak, chyba tak.
- Na pewno? - powiedział zdyszany Halles, wchodząc spowrotem w koronę drzewa.
Diana zamilkła. Uratował jej życie, ale przecież najpierw o mały włos nie zabił.
- Tak, dziękuję, braciszku. - i liznęła Hallesa po poliku.
- Odzywasz się do mnie? Myślałem..
- Bo miałam się nie odzywać, ale przecież uratowałeś mi życie. To jest dla mnie zadość uczynienie za tamto... No wiesz...
- Dzięki, że mi wybaczyłaś.
Lwiątka bawiły się jeszcze trochę a potem zeszły na dół. Wróciły do domu akurat na obiad.
Po zjedzeniu antylopy odechciało im się bawić. Położyli się w chłodnej grocie i rozmawiali.
- Jak myślicie, jak będzie wygądała Shadow, jak dorośnie? - zaczęła Diana.
- Dlaczego akurat ja, a nie Sophie? Przecież jest ładniejsza! - zaprotestowała Ricca.
- Ale ty jesteś skromna, i w ogóle taka jakaś... Niezwykła! - powiedział Tander.
- Ja myślę, że będziesz żoną jakiegoś króla. Jesteś uczynna, bohaterska.. Bo przecież nie wygląd się liczy, a to, co masz w środku. - powiedziała Lizzy.
- Wiecie, co powiedziała mi moja matka, gdy konała? - odpowiedziała im Ricca. - Że "tak długo, jak jesteś na tej ziemi, liczy się, kim jesteś i kim będziesz".
- To prawda... - powiedział Halles.
- A dla mnie liczy się dobry obiad. - powiedział Mega. Wszyscy serdecznie się roześmiali.
- Hej, zabawimy się w "Zgadnij, kogo udaję?" - rzuciła w przypływie radości Sophie.
- Jasne! - zarechotała Diana i zaczęło się.
- Jestem strasznie poważny, potężny i jak ktoś usłyszy mnie z daleka, to się boi, że to burza! Hahahaha!! - zachichotał Halles, udając poważnego i mówiąc grubym głosem.
- Jesteś Sanderem! - powiedziała Sophie. - To teraz ja. Ciągle rozpamiętuje dawne czasy i tęsknię za siostrą. - zachichotała. Wtedy Ricce zrobiło się przykro, na myśl o matce.
- "Nie zapomnę, nawet, jako stary pawian." - pomyślała.
- Jesteś Sanabi! - rzucił Tander. - Ja teraz! Jestem nadęta, poważna i strasznie potężna! - wtedy wszyscy się zaczeli jeszcze bardziej śmiać, gdyż Tander mówił w rodzaju żeńskim.
- Nina! Nina! - krzyczały lwiątka.
- To teraz ja. - powiedziała spokojnie Ricca, jednak zdołała przekrzyczeć kolegów. - Mam piękne ogniste oczy i robię czasem coś głupiego.
- Halles! - krzyknął Mega.
I tak zabawa trwała w najlepsze. Aż do wieczora. Gdy wszyscy ułożyli się spać, Ricca siedziała na szczycie wzniesienia i płakała. Mówiła do gwiazd, gdyż wiedziała, że tam teraz jest jej matka. Halles zauważył, że Ricca nie leży obok niego na swoim legowisku, ani nigdzie indziej w grocie. Wyszedł i ujrzał ją na starym pniu powalonego dębu, więc poszedł tam.
- Co ty tu robisz, Halles? - powiedziała nawet się nieodwracając.
- Nie położyłaś się, więc poszedłem sprawdzić, co się z tobą dzieje.
- Dzięki, ale chcę być sama.
- Na pewno?
- Tak.
- Więc już sobie idę...
- Zaczekaj!
- Tak, Shadow?
- Są sprawy, o których nie wiesz. Wiedz, że są to rzeczy, o których mogę powiedzieć tylko komuś na prawdę mi bliskiemu. Nie obraź się, ale nie jestem jeszcze gotowa na ujawnienie ci tych rzeczy. Chcę, żebyś wiedział, że nie obraziłam się na ciebie, skoro z tobą nie rozmawiam. Ale dziś przypomniałam sobie coś, czego jeszcze nasza przyjaźń nie przetrwa.
- Rozumiem... Dobranoc.
- Dobranoc, Halles.
W cieniu własnego ojca, cz.7
Wiele dni minęło od tamtej rozmowy. Ricca miała już 1,5 roku, była prawie dorosła. Razem z przyjaciółmi wkraczała w wiek zauroczeń, ciężkiej pracy na nauce polowania....
Ricca, Lizzy, Sophie, Diana i jeszcze dwie inne lwice (nieco młodsze od nich, Sarabi i Uru) uczyły się u Niny polować. Zaś Mega, Sora i Halles zastanawiali się, jak poprosić lwicę, żeby była jego dziewczyną. Któregoś dnia Diana wpadła zupełnie zszokowana do groty gdzie właśnie myły się Ricca i Sophie.
- Słuchajcie! Nie uwierzycie! Sora poprosił mnie, żebym była jego dziewczyną!
- Na prawdę?! - zdziwiła się Sophie.
- To było widać już dawno! - powiedziała z przekonaniem Ricca.
- Mnie się podoba Mega, Lizzy mówiła że jej Tander. Tobie w takim razie pozostaje Halles! - zachichotała Sophie.
- Eee tam... - zasmuciła się, gdyż wiedziała, że Halles ją lubi, ale przecież jest jego siostrą.
- Pewnie myślisz, że przez to, że Nina uznała cię za córkę nie możecie się zejść! Akurat! Jesteście przecież z innych rodzin.
- Wiem...
Ricca jeszcze tego samego dnia dowiedziała się, że Lizzy poprosił o chodzenie Tander, a Sophie została dziewczyną Megi. Tylko ona, jako jedyna sierotka marysia nie miała chłopaka. Wiedziała, że jeśli Halles poprosi ją, żeby była jego dziewczyną, to czeka ją trudna rozmowa. Przecież Halles kochał Shadow, a nie Riccę.
-"Strasznie trudno jest być podwójną." - myślała.
Siedziała właśnie w grocie, kiedy Halles przyszedł z kwiatem orchidei w zębach i zabrał ją na spacer. Teraz może trochę o tym, jak teraz wyglądała paczka przyjaciół, skoro byli już prawie dorośli. Ricca była śliczną, zgrabną ciemno brązową, wręcz ciemno bordową lwicą z błekitnymi oczyma. Była silna i rozsądna. Lizzy zrobiła się czarna, jak jej chłopak, Tander. Miała zielone oczy i potężną budowę. Tander był pięknym, dużym lwem z gęstą i czarną jak noc grzywą i pięknymi niebieskimi oczyma. Halles był ciemno żółty, miał bujną czarną grzywę i jak zwykle płonące radością oczy niczym dwa rubiny. Sophie - nadal idealna, tak samo zgrabna, silna i wysportowana. Walczyła i polowała najlepiej ze wszystkich lwic w stadzie.
Diana - piękna panna, taka jak dawniej, tylko trochę większa i silniejsza, była w stanie powalić Hallesa i nie dać mu wstać. Sora - ciemno brązowa grzywa, kasztanowa sierść. Mega - wyglądał bajecznie - miał złocistą sierść i jasno kasztanową, wręcz czerwoną grzywę. Nie był gruby - ale najpotężniejszy. Z nim lepiej było nie zadzierać. Gdy Halles i Ricca doszli do łąki w głębi dżungli, Halles poprosił Riccę, by usiadła na głazie, a on usiadł przed nią i trzymając w swoich łapach jej łapę, powiedział:
- Shadow, czy zgodzisz się być moją dziewczyną?
Riccę zatkało. Jednak nie dlatego, że niespodziewała się prośby Hallesa - wręcz przeciwnie. Przeczuwała to. Bała się rozmowy, jaką musi teraz odbyć.
- Halles, zanim odpowiem ci na to pytanie muszę ci powiedzieć coś ważnego.
- Zamieniam się w ucho od słonia. - zażartował Halles.
- Wiedz, że to co teraz powiem, może zmienić twoje uczucia do mnie. Jednak moich nie zmieni. Jesteś chyba najdroższą mi osobą. Tak na prawdę mam na imię Ricca. Jestem córką Saraw i Katai, pary królewskiej z Lwiej Ziemi. Saraw zginęła gdy miałam 3 miesiące. Widziałam, jak konała. Powiedziała mi wtedy coś ważnego, co jest moim przysłowiem życiowym. Mój ojciec nie pilnował mojej matki, nie dociągnął pewnych spraw. Był czrującym lwem, mężem i ojcem. Jednak kiedy moja matka zginęła - zamienił się w nadopiekuńczego i przewrażliwionego na moim punkcie lwa, który unieszczęśliwia córkę, choć w jego mniemaniu robił dobrze. Pewnego dnia nie wytrzymałam - uciekłam, całą noc biegłam aż dotarłam tutaj. Nigdy nie sądziłam, że będzie mi tak dobrze. Nigdy nie zaznałam takiego ciepła, miłości, radości, przyjaźni. Niczego z tych rzeczy nie miałam na Lwiej Ziemi. W oczach wszystkich byłam tylko księżniczką. A ja jestem kimś więcej. Chciałam wieść zwykłe życie, wśród przyjaciół i rodziny, dzieci i męża. Znalazłam właśnie w tobie bratnią duszę. Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję, że muszę cię okłamywać i że teraz muszę odbyć z tobą rozmowę, która zrujnuje naszą przyjaźń, a może nawet miłość. Chciałam zawsze być w twoich oczach osobą, której ufasz. Żałuję, że zakochałeś się w Shadow, a nie w Ricce.. Ranię cię i raniłam przez to, że kłamałam. Przepraszam Halles, wybacz mi... - i liznęła Hallesa w pysk tak czule, jak umiała najbardziej, po czym zwiesiła głowę i odeszła. Halles nie poszedł za nią. Czuł się bardzo nieswojo.
W cieniu własnego ojca, cz.8
Ricca nie wróciła na noc do groty. Spała pod baobabem. Rano nie mogła nigdzie znaleźć Hallesa. Szukała nad wodospadem, w dżungli. Ani śladu. Znikł. Jednak, jak się potem okazało, nie zrezygnował z przygód. Pobiegł na Lwią Ziemię. Chciał poinformować innych, że Ricca żyje i jest cała i zdrowa. Powitała go Akita.
- Witaj, chłopcze. Co cię do nas sprowadza? - zapytała życzliwie.
- Jestem przyjacielem Ricci.
- Co powiedziałeś?! - ryknął nagle Katai, nie wiadomo skąd ukazując się na lwiej skale.
- Jestem przyjacielem Ricci. Twoja córka jest cała i zdrowa, jest w moim stadzie. Uciekła stąd, teraz jest moją dziewczyną i częścią naszej rodziny. Uciekła, bo była tu dla wszystkich tylko księżniczką, a ona chciała żyć normalnie. Tak więc znajdź sobie inną następczynie tronu! - krzyknął.
- Za wiele powiedziałeś, za wiele! - krzyknął rozwścieczony Katai i rzucił się na Hallesa. Walki nie było, bo Halles umknął, ale Katai drasnął go w oko. Miał szramę. Wrócił wieczorem, trochę po zachodzie słońca.
- Nareszcie jesteś, martwiłam się o ciebie! - powiedziała Nina. - Shadow bardzo tęskniła.
- Chciałaś powiedzieć Ricca.
- Co?! Jaka Ricca? - zdziwiła się Nina.
- Potem ci wytłumaczę.
- Boże! Synu, kto ci zrobił to świństwo na oku?!
- Ojciec Ricci.
- Ale..
- Mamo, nie teraz!
I poleciał szukać ukochanej. Siedziała na szczycie wzniesienia i rozmawiała z gwiazdami.
- Prawdziwej miłości nic nie zmieni ani nie zabije. Nawet śmierć.
- Och, co ty tu robisz? I co ci się stało?
- Zbyt wiele by mówić. To dla ciebie.
I podał Ricce kamień z pustyni na Lwiej Ziemi.
- To jako pamiątka po matce...
- Dziękuję, Halles! - powiedziała i przytuliła się do lwa.
- Ej, ej, ej! Nie odpowiedziałaś mi na pytanie!
- Jakie?
- Nie pamiętasz...?
- Tak, Halles, zgadzam się. - i przytuliła się do niego jeszcze mocniej.
Potem jeszcze długo się bawili. Ricca powalała Hallesa na ziemię, Halles wrzucał ją w kwiaty, gonili się, przytulali...
Rano poszli nad wodospad, pływając i bawiąc się spedzili cały dzień.
Gdy Ricca skończyła rok i 11 miesięcy, nadszedł ważny dla niej dzień. Wraz z rówieśnicami miała po raz pierwszy odbyć samodzielne i prawdziwe polowanie. Wszyscy w stadzie już wiedzieli, że Shadow na prawdę ma na imię Ricca. Gdy wcześnie rano nadszedł czas zbiórki przed polowaniem, którą prowadziła Sanabi, Halles wstając szepnął Ricce do ucha:
- Na pewno sobie poradzisz... - i uśmiechnął się.
- Dziewczęta, sprawdzę, czy jesteście wszystkie. Sarabi jest, Ricca jest, Diana też, Sophie obecna, Lizzy jest... A gdzie Uru?!
- Tutaj! - krzyknęła Uru. - Przepraszam Sanabi, zaspałam.
- No dobrze, ważne, że jesteś. Posłuchajcie. Dziś jest wasze pierwsze samodzielne polowanie. Wcześniej polowałyście w grupie lub ze mną. Teraz każda z was pójdzie w inne miejsce. Jeśli przyniesiecie kawałek zdobyczy, zaliczę wam polowanie jako wykonane i udane.
- Tak jest! - i lwice rozbiegły się. Uru była dziś w nie najlepszej formie. Rzuciła się na dorosłe gnu, jednak nie zdążyła go sparaliżować, gdy gnu zrzuciło ją z grzbietu i chciało stratować. Na szczeście wszystko, jednak z odległości, oglądała Sanabi, i porę powaliła gnu. Uru musiała próbować jeszcze raz. Sophie upolowała młodą zebrę, a robiła to z taką gracją, jakby tańczyła, a nie wtapiała kły w szyi zebry. Sarabi była potężnie zbudowaną lwicą, tak więc nie miała problemów z dorosłym gnu. Zabiła je, po czym przywlekła w całości do miejsca zbiórki. Zastała tam już Riccę. Ona jak tylko wyleciały ze zbiórki, wróciła z dorosłą zebrą. Była najszybsza, jako pierwsza upolowała i przywlekła zdobycz. Lizzy upolowała młodą sarnę, gdyż wybrała się nad wodospad. Wróciła z nią też niedługo po Sabby. Potem wróciła Sophie, Uru. Diana wciąż nie wracała. Wszyscy się zaniepokoili.
- Gdzie ona jest?! - chodził niespokojnie w tę i spowrotem Sander. - Ricca, widzisz coś? - zapytał lwicy, gdyż ona właśnie siedziała na czubku wzniesienia.
- Hahahaha.... Hahahahha.... - zaczęła się tak śmiać, że aż sturlała się ze wzniesienia do groty. Śmiała się do rozpuku, bo to co zobaczyła, było wystarczającym wyjaśnieniem.
Do groty weszła Diana, tyłem, bo ciągnęła... Bawoła! Tak, bawoła! Potężnego, martwego byka. Dlatego nie było jej tak długo. Wszyscy się śmiali, a najgłośniej Ricca i Sanabi.
- No, to mamy sukcesy w różnych dziedzinach.... - chichotała Ricca. - Ja najszybciej wróciłam, Diana przywlekła największą zdobycz, Sophie najładniej polowała, Sarabi najszybciej powaliła gnu.... Hahahaha...
I tak na śmiechu i chichotach zakończył się ten dzień, który dla Ricci był bardzo ważny. Jak się potem okazało, nie najważniejszy. Położyła się obok Hallesa. Ten nie otwierając oczu powiedział:
- Wcześniej myślałem, że moglibyśmy połączyć stada. Ale teraz myślę, że tu jest piękniej, i że tu zostaniemy....
- Tak.. Tylko tutaj, albo nigdzie. - uśmiechnęła się i zasnęła.
Nadszedł w końcu dzień, kiedy Halles, Ricca, Diana, Sophie, Sora, Mega, Lizzy, Tander skończyli po 2 lata. Wtedy każdy z lwów zadał swej faworycie pytanie, czy nie zechce zostać jego żoną. I tak odbyły się kilka dni później 4 śluby, Ricci i Hallesa, Tandera i Lizzy, Megi i Sophie oraz Sory i Diany. Tak się złożyło, że Sander i Nina byli już w sędziwym wieku, więc oddali Hallesowi władzę nad stadem. A zarazem oddali władzę Ricce, bo skoro ona była żoną Hallesa, to i przywódczynią stada. Pierwszego dnia, kiedy Halles i Ricca byli już małżeństwem, siedli na szczycie wzniesienia o wschodzie słońca, i ujrzeli pędzącą w ich stronę grupę.
- O nie! - krzyknął Halles. - Ricca, zwołaj lwice, także moją matkę, a Sanabi niech powiadomi lwy. Pędzi ku nam wrogie stado.
- Obawiam się, że wiem, czyje. - powiedziała smutno Ricca i pobiegła po inne lwice. Halles już wiedział, co miała na myśli Ricca. To było stado jej ojca, Katai. Przyszło po swoje, po Riccę.
W cieniu własnego ojca, cz.9
Ricca zwołała lwice i wszyscy stali w gotowości na dole, ona pobiegła do Hallesa.
- Nie znają dżungli. - powiedziała.
- Ale oni będą chcieli walczyć, nie bawić się w ciu-ciu babkę.
- Trudno, ja mogę nawet zginąć, ale nie pozwolę tym dupkom tutaj się panoszyć! - powiedziała, i w jej oczach zalśnił ognień, a z jej paszczy wydał się przeraźliwy, niczym grom brzmiący ryk. Stado stanęło. Wszyscy spojrzeli w górę, gdzie z oddali było widać wzniesienie w dżungli. Wszystkie lwy ze stada Ricci i Hallesa ruszyły do boju. Jej ryk był dla nich jak sygnał, aby zaatakować. Lwy, razem z Riccą i Hallesem na czele ruszyły skradając się i niosąc nisko łby. Gdy stanęli jakieś 100 metrów przed stadem Katai, ojciec Ricci otworzył oczy ze zdumienia.
- Ricca... - powiedział, po czym spojrzał na Hallesa gniewnie.
- Odejdź stąd, Katai. Nie chcę, byś zginął. - powiedziała po czym warknęła na Hallesa, który chciał rzucić się na Kataiego.
- Dziecko, nie żartuj. Zabijesz własnego ojca?
- Nie ja, i nie dziecko. Nie jestem twoim dzieckiem, nigdy nim nie byłam. To przez ciebie uciekłam, miałam cię dość! Zabiją cię moi poddani. Jestem żoną Hallesa, jego ojcem jest poprzedni przywódca stada. A więc teraz mi tu rządzimy. Zjeżdżaj stąd, za nim twoje lwy dostaną pożądne lanie. - i w jednej chwili jej piękne błękitne oczy zrobiły się czerwone, jak rubiny. Katai trochę się zląkł, ale nie okazał tego po sobie.
- Jestem królem i wolno mi robić co zechcę!
- Co? Nie jesteś królem! Może na tej swojej cholernej skale, ale tutaj jesteś intruzem ze Złej Ziemi. Wynoś się stąd! Liczę do trzech. Raz... Dwa... Trzy! - ryknęła potężnie. Wszystkie lwy z nią na czele rzuciły się na stado Katai. Akita, Katai... Wszystkie lwy raz po raz otrzymywały od lwów Ricci potężne ciosy. Ricca była rozsierdzona jak stadko szerszeni. Nie widziała, kogo drapie, gryzie, powala na ziemię. Była najwaleczniejsza, a jej złość i nienawiść do ojca dodała jej siły, nadprzyrodzonej siły. Nagle kątem oka ujrzała, jak Katai powala Hallesa na ziemię i chce zadać mu ostateczny cios, jednak w jednej chwili rzuciła się na ojca. Powaliła go, uderzyła kilkakrotnie, podrapała, narobiła wiele ran. Opamiętała się po chwili i poszła na ratunek Sanabi, która walczyła z jednym z lwów. Katai ledwo mógł oddychać. Gdy lwy z jego stada go zobaczyły, przerwały jatkę. Zabrały go na Lwią Ziemię. Wróciły tam tylko niedobitki, gdyż większość poległa w walce albo skonała po drodze. Halles i Ricca też nie obyli się bez strat. Nina, Sarabi, Uru, Sander i dwa inne lwy z ich stada zginęły. Odbyły się pogrzeby, a jeszcze potem przez mniej więcej tydzień trwała żałoba.
- Ricco, wiesz, że uratowałas mi życie?
- E tam... Po prostu waliłam łapami na wszystkie strony, w końcu zobaczyłam ojca i jemu też sprawiłam niezłe lanie. Ale nie mówmy już o tym. Sprawa zażegnana, stado Katai przekonało się, że mimo liczniejszej grupy z nami nie wygrają.
- Masz rację.
Kilka dni później Ricca bardzo źle się czuła. Myślała, że to skutki walki, ale dla pewności udała się do szamana Shiro.
- O ho ho! Kogo my tu mamy. Witaj, Ricco.
- Szamanie, ostatnio nie czuję się najlepiej, i ...
- Ciii! Ja wszystko wiem! W końcu jestem szamanem.
Zbadał Riccę, po czym przyniósł jej napar z ziół.
- Jesteś w ciąży, Ricco.
Ricca o mało nie zachłysnęła się pijąc.
- Co?
- Na 100%. Wiem, co mówię. Nie jestem w stanie określić, jakiej płci będą lwiątka, ale..
- Lwiątka? To ich będzie kilka?
- Najwyżej trzy, ale nie wiem, jakiej płci będą.
- A za ile.. Urodzę?
- Za jakieś 5 tygodni. Nie przemęczaj się, staraj się dużo odpoczywać. Dobrze?
- Oczywiście, Shiro. Dziekuję! - i poszła jak najszybciej do Hallesa.
Jednak lew akurat był gdzieś na polowaniu, więc opowiedziała o wszystkim koleżankom i Sanabi. Wszystkie bardzo się cieszyły. Halles, gdy tylko wrócił, też otrzymał tę radosną nowinę. Podskakiwał z radości przez długi czas. Niedługo, bo już następnego dnia, Ricca dowiedziała się że Lizzy i Sophie też są w ciąży. Potem także Diana o tym się dowiedziała.
Pięc tygodni później, jak obiecał Shiro, Ricca urodziła lwiątka. Było ich dwoje, dwóch braci. Sophie urodziła córkę, Lizzy dwóch synów i córkę, Diana dwie siostry.
Ricca miała problem. Nie wiedziała, któremu z braci oddać panowanie nad stadem. No i oczywiście nie mogła powiedzieć im o Katai, bo pretensjonowali by się do tronu.
- Może - podrzucił jej Halles. - Ten który pierwszy się ożeni, zostanie przywódcą?
- Dobry pomysł. Niech tak będzie. A jak ich nazwiemy?
- Sander, na cześć mego ojca, i ...
- Nie... Może Kesley i Rowen?
- Tak! Piękne imiona... W sam raz dla nich.
- Chrzciny... kiedy je ochrzcimy?
- Może za dwa tygodnie, jak troche podrosną.
Tego samego dnia miały zostać ochrzczone inne lwiątka. Sophie nazwała swoją córkę Sarafiną. Lizzy nazwała córkę Rayla, a synów Domino i Cliff. Diana nazwała swoje córki Cherry i Flame. Niedługo odbyła się prezentacja i chrzciny lwiątek. Ricca podczas prezentacji zobaczyła, że na jej synów pało światło od Saraw. Wiatr pieścił delikatnie jej sierść, a ona była w niebo wzięta.
W cieniu własnego ojca, cz.10
Rano Kesley i Rowen obudzili się bardzo wcześnie. Halles miał pokazać im Rajską Ziemię "od kuchni". Kesley usiłował obudzić Hallesa rycząc, a Rowen ciągnął go za ucho.
- Już... Wstaję, wstaję... - powiedział. Otworzył oczy, ziewnął, przeciągnął się po czym wyszedł z groty w towarzystwie dwóch radosnych lewków. Weszli na szczyt wzniesienia.
- A oto i wasze królestwo. - powiedział, ponieważ sam czuł się jak król. - Wszystko, co opromienia słońce, będzie kiedyś należało do was.
- Łał...
- Wiecie, życie lwa jest jak słońce, wschodzi i zachodzi. Tak samo jego panowanie, przywódstwo w stadzie. Kiedyś słońce mojego przywódstwa zajdzie, a wzejdzie dla was, jako nowych przywódców.
- Ale.. Jak będziemy rządzić jedną ziemią, skoro jest nas dwoje? - zapytał ciekawsko Rowen.
- Widzisz.. Który z was jako pierwszy się ożeni, ten zostanie władcą. Tak będzie sprawiedliwie.
- Aha... - Kesley zasmucił się. Jego brat Rowen był silniejszy, potężniejszy, na pewno on pierwszy się ożeni. Właśnie, teraz trochę o wyglądzie dzieci Ricci i jej przyjaciół. Rowen był ciemno żółtym lewkiem z kasztanową grzywką, miał piękne rubinowe oczy i dość pokaźną posturę. Kesley był jego zupełnym przeciwieństwem. Był lichym, brązowym lewkiem z czarną grzywką i niebieskimi oczami. Był chudy, jednak zwinny i sprytny. Sarafina, córka Sophie była równie piękna jak matka, po prostu skóra zdarta z Sophie. Identyczna, ładna, zgrabna, rozsądna, jednak jedyną różnicę stanowiły oczy - Sophie miała błękitne, Sarafina - rubinowe. Flame była rudowłosą lwicą o jasno brązowej sierści, z pięknymi, zielonymi oczami. Cherry była ciemno kremowa, z piwnymi oczami. Rayla była czarną lwiczką z błękitnymi oczyma, Domino i Cliff byli popielaci, z czarnymi grzyweczkami. Gdy lwiątka się poznały - wszystkie jak jeden mąż poszli nad wodospad. Bawili się, pływali. W końcu zmęczeni położyli się w grocie-kryjówce i tam zasnęli. Ricca, Sophie, Tander i Mega szukali swoich dzieci, ale nie mogli ich znaleźć. Myśleli, że coś im się stało. A małe spały smacznie w grocie. Ricca w końcu wpadła na pomysł przeszukania wodospadu i wszyscy zaczęli się śmiać.
- Nigdy w życiu nie wpadłabym na pomysł, że zasnęły po zabawie. - śmiała się serdecznie Sophie. Lwice i lwy wzięły swoje dzieciaki do domu, a potem jeszcze trochę czasu minęło, zanim przestali się z tego śmiać. Jednak miłe chwile nie miały potrwać długo.
- Akita! - zawołał potężnie Katai.
Wśród spuszczonych, smutnie patrzących w ziemię łbów dumnie, z podniesioną głową przeszła Akita.
- Tak, panie? - zapytała z nonszalancją.
- Dlaczego lwice nie są gotowe do ataku? - gniewnie zmierzył spojrzeniem lwicę.
- Przecież to szaleństwo, królu! Ricca i jej stado..
- Tu jest jej stado! - huknął. - Nie spocznę, dopóki nie odzyskam prawowitej następczyni tronu. To moja córka! Nie oddam jej wyrzutkom!
Akita nie odpowiedziała. Wtedy nadeszła Dorris, konkubina króla.
- Katai, kochanie... Mam pomysł, jak odbić Riccę wyrzutkom...
- Jak?
Akita zdębiała. Miała ochotę zabić Dorris. Była zła, przebiegła, chytra i mściwa.
- Porwiemy jej synów... Przyjdzie tu po nich.
Wtedy Akita nie wytrzymała. Zadała potężny cios w głowę Dorris i uciekając, krzyknęła:
- Lwice za mną! Do naszej pani!
Wszystkie lwice pobiegły w stronę Rajskiej Ziemi aby przyłączyć się do stada Ricci. Lwy usiłowały je gonić, lecz na nic się to zdało.
- Zdrajczynie! Dopadnę was! - wrzeszczał Katai. Dorris nie żyła. z jej pękniętej głowy sączyła się krew. Katai zmienił się przez nią w mściwego i opętanego złem lwa. Postanowił, że przyłączy do siebie stado ze Złej Ziemi, stado córki Lisy, Ziry. Tylko ona mogła mu pomóc zemścić się na stadzie Ricci i odbić ją.
Akita i lwice dobiegły do groty Ricci, sama ona wyszła im na powitanie.
- Delegacja? - zapytała patrząc na nie z nienawiścią, dopiero gdy rozpoznała w chudej lwicy na czele Akitę, rozchmurzyła się.
- Co wy tu robicie? - ryknął Halles i migiem doskocył żony.
- Katai chce porwać twoich synów, abyś po nich przyszła i chce cię wtedy odbić. - i zaczęła opowieść od początku, o tym, jak na Złej Ziemi Katai znalazł sobie konkubinę, miała być jego nową żoną. Opowiedziała jej wszystko od momentu, gdy Ricca i jej stado pokonało stado Katai. Ricce aż oczy pulsowały ogniem, gdy wszystko to słyszała. Miała ochotę tam pobiec i zabić ojca. Jak on mógł nawet takie rzeczy planować! Zmienił się nie do poznania, to już nie był Katai, to był jakiś dziki, mściwy lew. Nie mogła uwierzyć, że własnie o jej ojcu mówi Akita. Była już w sędziwym jak na lwicę wieku, wychudzona, brudna. Halles i Ricca przyjęli lwice do stada, wpierw zaprowadzili je nad wodospad, aby się napiły i doprowadziły do porządku. Dali każdej z lwic antylopę gnu, mogły się najeść do woli. Lwice oficjalnie dołączyły do stada i spały tej nocy w grocie. Rano zapolowały razem z innymi lwicami. Miały szansę nareszcie być z lwicą, która wdała się w matkę i rządziła sprawiedliwie i długo. Były wreszcie szczęśliwe.
W cieniu własnego ojca 2, cz.1
Tego dnia Kesley nie mógł zasnąć. Dręczyły go jakieś koszmarne wizje. Rowen też tylko udawał, że śpi. Wizje Kesleya miały się sprawdzić w najbliższym czasie. Widział zachód krwawego słońca, trupy lwów ze stada Katai i Ricci, ale najgorsza była wizja.. Śmierci. Czarny lew bez oczu, wyjący i mający kosę zamiast ogona trzymał pazurami łapy jego matki. Ricca wisiała nad przepaścią. Wtedy śmierć puściła ją, a ona wpadła w ciemność. Kesley stanął na równe nogi z przerażonymi, wybauszonymi oczami. Rowen to zobaczył i także wstał. Odkąd pół roku wcześniej Akita i lwice dołączyły się do stada Ricci, Kesleyowi i Rowenowi coraz cześciej ukazywał się ten krwawy zachód słońca po wielkiej bitwie, z której nikt nie wyszedł cały. Tego wieczora postanowili, że opowiedzą matce o tych dziwnych wizjach. Przez pół roku lewki bardzo urosły. Kesley nie był już tak lichy, ale i tak silniejszy był Rowen. Byli jak dwie owce - czarna i biała, bo zupełnie się od siebie różnili. Jednak tworzyli dość zgodną parę, jedno dawało drugiemu coś od siebie, coś, czego ten drugi miał mniej albo wcale. Flame i Cherry też podrosły, tak samo jak Sarafina, Rayla, Cliff i Domino. Cała paczka zawsze trzymała się razem. Kochali się jak bracia. To, co widzieli Rowen i Kesley było o tyle przerażające, że w owych wizjach nie było dwóch braci i ich przyjaciół. Kiedy opowiedzieli je Ricce, ta nakazała im pójść do syna szamana Shiro. Aro powiedział im co oznaczają te sny.
- To tylko obawy. Ja też mam wizje, ale inne. Wasza matka i wasze stado całe cudem ocaleje, jednak nie wiem, co stanie się ze stadem Katai. Myślę, że te sny to po prostu strach, po tym, co powiedziała Akita. Przestraszyliście się. Tak więc nie martwcie się tym więcej. Dobrze?
- Tak, Aro, dziękujemy!
Tymczasem na skale...
Katai pojednał siły ze stadem Ziry, Zira została jego żoną i mieli dwóch synów i jedną córkę.
Nuka, Tojo i Vitani byli tak samo źli i wstrętni jak ich matka, Zira. Żywiła ogromną nienawiść do Ricci i Saraw, bo one były dobre i sprawiedliwe. Katai otrzymał od swoich poddanych przydomek: Wieczny. Rzeczywiście, jego pożądanie, które kazało mu odbić córkę Hallesowi trzymało go przy życiu, choć Akita, która była jego rówieśnicą, zmarła nie długo po przyprowadzeniu Ricce lwic.
- Ziro! Podejdź do mnie.
- Tak, Katai?
- Czy nasza niespodzianka jest gotowa?
- Tak, panie. - i uśmiechnęła się szyderczo, po czym odsłoniła królowi straszny widok. Wojna wisiała w powietrzu.
Nuka i Tojo patrzyli na to z równie szyderczym uśmieszkiem, bo to było ich wspólne dzieło - ich i Ziry. W Vitani jednak obudził się instynkt - dobra. Nie chciała wojny, chciała poznać swoją przyrodnią siostrę, nie zabijać jej. Ale Zira by ją zabiła. Bo takie dała jej zadanie.
Tymczasem Kesley i Rowen poszli po rówieśników.
Dziewczęta leżały pod baobabem i udawały, że są dorosłe. Myły się, myły swoje młodsze rodzeństwo, opalały się, mówiły rzeczowo, jak gdyby miały już te dwa lata. W rzeczywistości każda z nich miała rok i cztery miesiące, były nastolatkami. Lwy się biły, też udając dorosłych. Domino udawał, że odgryza ucho Cliffowi, a gdy Kesley i Rowen dotarli pod baobab, też zaczęli się bić. Rowen rzucił się na Domino, a Kesley na Cliffa. Jednak wiadome było, że Kesley przegra, bo był słabszy.
- Haha, i co, braciszku, siły zabrakło? - zachichotał złośliwie Rowen.
- Odczep się! Co w ciebie wstąpiło?!
- Sam się odczep!
- Powiem ci coś, Rowenku. Do walki nie potrzebne są tylko mięśnie, ale i orzeszek, a ty wyglądasz jak stek, masz fałdy skóry po bokach i pusty łeb!
- Odszczekaj to!
- Bo co?!
- Bo to! - i rzucił się na Kesleya. Przekoziołkowali, po czym zaczęli krążyć. Rowen skoczył na Kesleya, jednak ten zrobił unik i Rowen zarył nosem w ziemię. Zdenerwowany podniósł się i już chciał rzucić się na brata, jednak w środek wskoczyły dwie lwice - Sarafina i Flame. Cherry patrzyła na to jak skamieniała, a Rayla zeskoczyła ze skały pod baobabem i podeszła do Domino i Cliffa.
- Dosyć! - wrzasnęła energicznie Safarina, Flame ryknęła potężnie. Rowen się opamiętał, jednak Kesley rzucił się na niego, ale stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Flame zasłoniła Rowena własnym ciałem i przyjęła cios w klatkę piersiową, po czym razem z Kesleyem przekoziołkowała i padła niczym martwa.
- Flame! - krzyknęła Cherry. Podbiegła do siostry, która ledwo dyszała. Cherry, Cliff, Domino, Rayla i Rowen pobiegli po pomoc. Kesley leżał obok Flame i płakał. Sam nie wiedział co się dokładnie stało, ale po chwili zrozumiał. Chciał uderzyć brata, a Flame nie chciała, żeby się dalej bili. Teraz lwica miała zamnięte oczy, sapała ociężale.
- Nie rób mi tego, Flame! - krzyknął płaczliwie i wziął koleżankę na grzbiet, zaniósł do groty. Lwiątka, które pobiegły po pomoc, już ją znalazły. Ricca była najbliżej. Podbiegła do idącego w jej kierunku Kesleya, zabrała Flame z jego grzbietu i poleciała do Aro. Kesley padł. Nie miał już siły. Rowen obrzucił go nienawistnym spojrzeniem, i odszedł, jednak Cliff i Sarafina zostali, żeby zabrać nieprzytomnego lewka do groty. Dzień ten wydawał się być najgorszym w jego życiu.
W cieniu własnego ojca 2, cz.2.
Wieczorem Ricca podeszła do Kesleya, który leżał sam w grocie.
- Kesley, zawiodłam się na tobie. Wydawało mi się, że masz więcej rozumu.
Kesley nie odpowiedział. Chciał odejść, chciał zostać sam, jednak Ricca zagrodziła mu drogę.
- Posłuchaj, nie da się uciec od przeszłości! Zrozum, nie można jej zmienić, ale można wpłynąć na przyszłość! - wtedy lewek nie wytrzymał i rozpłakał się.
- To wszystko przez Rowena! Ciągle szydzi sobie z tego, że jestem słabszy! Przedrzeźniał mnie i dałem się w to wciągnąć...
- Wiem, rozmawiałam z nim, przyznał się, że to on cię tak rozzłościł. Pogódźcie się, przeproście. Potem zastanowię się, czy pozwolić wam zobaczyć się z Flame.
- Na prawdę? - oczy Kesleya rozbłysły.
- Tak. - uśmiechnęła się lwica, po czym wyszła z groty. Wtedy wszedł do niej Rowen.
- Kesley?
- Taaak? - powiedział trochę złowieszczo.
- Wiesz, przepraszam.. Przepraszam za to, że się z ciebie wyśmiewałem.
- Przeprosiny przyjęte, braciszku! - i rzucił się na Rowena, po czym zaczęli się bawić.
Następnego dnia razem z Cherry i Dianą poszli do baobabu po Flame. Lwica była lekko rozkojarzona, nie wiedziała dokładnie, dlaczego tam była i co jej się stało. Na szczęście nie była zła na Kesleya, choć trochę żałowała, że kiedy się rano zobaczyli, nie dała mu łapą w pysk. Potem żartowali i bawili się w grocie cały dzień. Popołudniu Kesley i Flame wyszli na szczyt wzniesienia. Obserwowali niebo, rozmawiali, jednak po chwili Kesley zamilkł.
- Kesley?
Lew patrzył z otwarym pyszczkiem w dal. To co zobaczył, było potwornym widokiem. Poleciał bez słowa do matki. Ricca ryknęła potężnie a jej lwy i lwice ruszyły do ataku.
Wyszli z dżungli i ujrzeli ów straszny widok. Na początku stała Zira, Vitani, Katai i Nuka, z tyłu za nimi stał Tojo a za nim
Teraz dam długie opko, już skończone. Jak będziecie chcieli, dam kontynuację, którą cały czas piszę.
----
W cieniu własnego ojca, cz.1.
Ricca była zwykłą lwiczką. Tak przynajmniej wg niej powinno być. Jej ojciec był królem zwierząt, miał własne stado. Ricca nie znosiła, kiedy inne lwiątka odmawiały jej zabawy.:
- Przecież jeżeli ci włosek wyleci, jak będziesz biec, twój ojciec nas wygna albo zabije.
Ricca dobrze wiedziała, że jej ojciec traktuje ją jak świętą krowę, jak boginię. Jeżeli ktoś ją popchnął i upadła, on od razu się wściekał, bo to było zbezczeszczenie jego skarbu, świętej lwiczki. Może teraz trochę o samym królu - był dobrze zbudowanym lwem, miał piękną i bujną kasztanową grzywę, był jasno brązowy. Miał błękitne oczy i na pierwszy rzut oka można było rzec - na pewno jest miły i uszczęśliwia córkę. Katai (bo tak miał na imię) jednak taki nie był. Ricca pamiętała jeszcze, jak to było, gdy jej matka żyła. Katai wtedy inaczej się zachowywał. Był taki, jaki powinien być według ocenienia go po wyglądzie. Jednak gdy Saraw zmarła, została mu tylko córka. Chronił jej, bo wiedział, że żonę stracił, bo jej nie upilnował. Ricca czasem chciała uciec, bo nie miała żadnych przyjaciół, oprócz jednej lwicy - Akity. Akita była już dorosła, ale nie mogła mieć dzieci, więc traktowała ją jednocześnie jak córkę i jak przyjaciółkę.
- Wiesz - zwierzała jej się mała lwiczka. - czasem wydaje mi się, że to stado jest jakieś dziwne - to wszystko przez to, że mój ojciec tak mnie chroni. Nie mogę się bawić z innymi lwiątkami, bo wszystkie się mnie boją. Mam tylko ciebie, i majordomusa ojca, tukana Zawo, ale on jest nadęty i bardzo poważny. Chyba, gdyby nie moje samozaparcie, to kazałby mi się zachowywać jak królowa.
- Przesadzasz, Ricca. Oni wszyscy chcą, żebyś była szczęśliwa.
Wtedy lwiczka wybuchła gniewem:
- Chcą mojego dobra?! Zastanów się, o czym mówisz! Przecież przez te ich starania jestem najnieszczęśliwszym lwiątkiem w całym świecie! - krzyknęła, po czym rozpłakała się i odbiegła.
Głęboko w sercu marzyła, by te słowa powiedzieć prosto w oczy swojemu ojcu, tak, żeby go to dotknęło i żeby się zmienił. Jednak jej sumienie podpowiadało jej, że powinna zachować te żale dla siebie. Teraz trochę o jej wyglądzie - była zgrabną, ciemno brązową lwiczką, z białymi łapkami i pięknymi niebieskimi oczami. Oprócz oczu wszystko odziedziczyła po matce. Mimo swojej zgrabnej i na pierwszy rzut oka nie pozornej posturze, była bardzo silna, jak na lwicę. Cieszyła się, że chociaż wygląd pozostał jej oprócz wspomnień po matce. Ricca ledwo ją znała - ledwo ją pamiętała. Gdy miała 3 miesiące jej matka zginęła. Teraz miała już 10 miesięcy - i mimo krótkiego upływu czasu od tamtej chwili w pamięci zostały jej tylko ostanie słowa Saraw:
"Tak długo jak żyjesz na tej ziemi, tak długo liczy się kim jesteś i kim będziesz". Jej piękne fiołkowe oczy też utkwiły w jej pamięci. Siedziała przy zachodzie słońca na jednej z mniejszych skałek koło wielkiego baobabu, gdy postanowiła, że ruszy w świat w poszukiwaniu nowego życia i nowych przyjaciół, z dala od ojca i problemów. Tam, gdzie mogłaby żyć jak zwykła lwica, w otoczeniu najlepszych przyjaciół i nowej rodziny, aż po kres życia, które nareszcie mogłoby być wspaniałe i lekkie.
W cieniu własnego ojca, cz.2.
Ricca biegła całą noc. Nad ranem, koło głazu przy wejściu do dżungli, zemdlała. Była wycieńczona. Bądź co bądź to jeszcze małe lwiątko. Obudziły ją szepty:
- Co ona tu robi, Halles?
- Nie wiem, Diana. Nie widziałem jej tu wcześniej.
- Ja też. Może to córka Lisy ze Złej Ziemi!
- W takim razie trzeba by było ją.. Zabić. - lwiątko, o imieniu Halles, powiedziało to tak, jaby to była nie uknikniona konieczność.
- Nie! - krzyknęła Ricca, nagle stając na równe nogi.
Lwiątka umknęły za głaz. Po chwili lwiczka, zwana Dianą, wychyliła oczka i powiedziała ze strachem w głosie:
- K...k...k..k.kim jeee...sss..teś?
- Ja... Eee... Jestem Shadow. - skłamała, bo chciała wreszcie zacząć żyć od nowa. Jako Ricca była by nadal księżniczką, ale tylko w najskrytszych myślach.
- Jesteś ze Złej Ziemi? - zapytał trochę już oswojony z sytuacją Halles.
- Nie. Jestem.. Z Krainy Lwów, to daaaleko stąd.
- Uff... Czyli nie jesteś córką Lisy?
- Wychowałam się sama. - powiedziała ze smutkiem. To akurat nie było kłamstwo. Jej ojciec chciał się nią zajmować, ale miał obowiązki, a poza tym Ricca żywiła niechęć do ojca, po tym, jak zmienił się - na gorsze.
- Przykro mi... - powiedziała Diana. - Ja jestem Diana, a to mój brat Halles. Chcesz iść z nami, do naszego stada?
- A mogłabym?
- Jasne! - krzyknęło rodzeństwo, po czym Diana porwała Riccę za szyję i dała znak, żeby pobawili się w berka. Dżungla była piękna - rosło tam tyle kwiatów.
- Jak tu pięknie! - powiedziała Ricca.
- Poczekaj, Shadow, jeszcze się zachwycisz, i to o wiele bardziej! - i wypieła się dumnie, jak dorosła lwica.
Może teraz o nowych przyjaciołach Ricci. Halles był silnym, dobrze zbudowanym lewkiem, był jasno-brązowy z czarną grzywką nad oczami, które lśniły ogniem rubinów. Zaś jego siostra, Diana, ach! Jakaż ona była śliczna. Kremowa lwiczka z niebieskimi błyszczącymi oczami, zgrabna, z pięknym, długim ogonem. Zapowiadała się na ładną pannę.
Nagle Diana doszkoczyła liści przed nimi.
- Droga Shadow, witaj na Rajskiej Ziemi! - i odsłoniła gałęzie.
- Ahh... - Ricca była zachwycona, bezradnie ruszała ustami. Nie nadarmo ta ziemia nazwana była "Rajską". Oczom Ricci ukazał się krystalicznie czysty wodospad, skąpany w blasku porannego słońca, wokół niego była polana, podzielona rzęką, w pięknym niebieskim odcieniu. Polana ta była jasno zielona, hasały po niej młode sarny, a dalej, pod baobabem, wylegiwało się na skałach parę lwic.
- Chodź! - popchnęła Riccę Diana. Ta zleciała ( a raczej sturlała się na dół).
- Łał! - krzyknęła. - Ale super!
- No nie? - wypiął się Halles, udając dorosłego lwa.
- Grzywy ci brakuje, braciszku! - zachichotała ironicznie Diana. Halles nadął się ze złości, jednak szybko wpadł na pomysł. Wskoczył w krzaki po czym wrócił z kiścią brązowych liści na głowie.
- Hahahahaha! - rechotały lwiczki.
- Zaa... Pomnia... Łeś.... - chciała powiedzieć Diana, jednak napad śmiechu jej w tym przeszkodził.
- Co?! - powiedział naburmuszony Halles.
- Grzywka! - udało się wykrztusić duszącej się ze śmiechu Ricce.
Wtedy Halles zawstydził się. Zrozumiał, o co chodzi. Miał małą grzywkę nad oczami, która była czarna! Ale skąd tu wziąć czarne liście. Wyglądał dość głupio, przyznaję.
Gdy lwiczki opanowały się ze śmiechu, chichocząc jeszcze od czasu do czasu, ruszyli w kierunku siedziby stada. Halles patrzył w ziemię, a Diana rzuciła mu jeszcze na koniec:
- Mogłeś wziąć kiść mocno zgniłych bananów, byłyby świetne, bo są czarne. Hahaha...
Halles był wściekły. Ale nie zaregował. Wiedział, że miały prawo się śmiać, w końcu zrobił coś śmiesznego. Tak więc szli już w dobrym na stroju, nawet Halles nieco się rozchmurzył. Szli w kierunku nowego stada Ricci.
W cieniu własnego ojca, cz.3
-To tutaj! - powiedziała Diana.
Ricce ukazało się spore kamieniste wzniesienie. W nim wielka grota, gdzie pewnie spało stado. Na szczycie wzniesienia był powalony pień dębu. Na nim odbywały się chrzciny lwów. Z groty wyjrzała nagle ciemno kremowa, potężnie zbudowana lwica.
- Cześć mamo! - zawołały lwiątka i truchcikiem pobiegły w stronę matki. Mrucząc głośno przytuliły się do niej.
- A któż to! - zawołała lwica, gdy w cieniu drzewa ujrzała lekko spłoszoną Riccę.
- To jest nasza nowa przyjaciółka, Shadow. - wyjaśnił ochoczo Halles.
- Ach, tak? - powiedziała lwica. - Chodź tu, dziecko drogie, niech poznam nową towarzyszkę zabaw moich dzieci!
Ricca była jak skała. Nie mogła się ruszyć. Jednak w końcu się przełamała i podeszła z nieufnością do matki kolegów.
- Jestem Nina, a ty? Ach, Shadow! Przepraszam, ale nie mam pamięci do imion.
- Nic nie szkodzi, proszę pani...
- Skąd jesteś? Nie widziałam Cię tu wcześniej..
- Jestem z Krainy Lwów. Leży nad ujściem Nilu. To bardzo daleko stąd. Pani dzieci znalazły mnie rano nie przytomną przy wejściu do dżungli.
- Dlaczego tu przybyłaś?
- Bo... Wychowywałam się zawsze sama, a moje stado zginęło.
- A więc zostaniesz z nami! - rzekła entuzjastycznie lwica. - Podobasz mi się. Wyglądasz na inteligentną.
- Dziękuję, proszę pani.
- Nie! Nie mów do mnie "pani". Od dziś możesz uważać się za moją córkę. Chodź. Poznasz mojego męża.
Diana podeszła do Ricci.
- Mówiłam! Zostaniesz z nami, tak się cieszę!
- Ja też. Kim jest wasz ojciec?
- Przywódcą stada.
- Och! - Ricca uświadomiła sobie, że właśnie od władzy uciekła.
- Ale nie martw się. Wszyscy tu są równi, nie ma tak, że on jest wążniejszy.
- Inne lwiątka się z wami bawią, nie mówią " Dzień dobry ekscelencjo!"?
- Skąd! Mamy tu wielu rówieśników. Jak tylko poznasz ojca, pójdziemy i przedstawimy ci ich!
- Dzień dobry, dzieci. Witaj Nina. - huknął ojciec Hallesa i Diany. Był wielkim, majestatycznym ciemnobrązowym lwem z piękną, bujną czarną grzywą. Jego oczy były zielone, piękne. Mimo, iż swoją posturą i siłą głosu odstraszał, patrzyło mu z oczu bardzo życzliwie. - Hoho! Mamy tu kogoś nowego!
- To jest Shadow, nasza nowa przyjaciółka. - powiedziała Diana, mrugając porozumiewawczo do Hallesa i Ricci. - Będzie w naszym stadzie.
- A czemuż to? - zdziwił się nieco ojciec lwiątek.
- Sander, wytłumaczę ci wszystko. - powiedziała Nina.
- " Sander! Ach, co za majestatyczne imię! Pasuje do niego." - pomyślała Ricca.
Tak więc Nina, na przemian z komentarzami Hallesa i Diany, opowiedziała mężowi o wszystkim.
- Tak więc, przepraszam, droga Shadow. Zostajesz oficjalnie przyjęta do stada, a także oficjalnie zostajesz przyłączona do rodziny.
Ricca nie posiadała się z radości. Nie myślała, że tak łatwo pójdzie jej zmiana stada. Cóż - w życiu zdarzają się miłe niespodzianki. Ricca miała ochotę wycałować i wyściskać wszystkich, jednak była zbyt nieśmiała.
- Chodź, poznasz resztę lwiątek!
Ricca i jej nowe rodzeństwo udało się w stronę skałek niedaleko groty. Tam wygrzewały się lwiątka.
- Cześć! - zawołały Diana i Halles.
- Hejka! - odkrzyknęły im lwiątka.
- Poznajcie, to jest Shadow. Nasza nowa siostra.
- Cześć Shadow!
- Shadow, to są:
Sora, Lizzy, Tander, Mega i Sophie.
- Cześć!
- Hej, jestem Sora, brat Sophie. Miło mi cię poznać.
- Mi również.
- Ja jestem siostrą Megi, Lizzy.
- Hej.
- Jestem Tander, jestem jedynakiem. Fajnie, że będziesz z nami w stadzie.
- Też bardzo się cieszę.
- Ja jestem Sophie, siostra Sory. Witaj na Rajskiej Ziemi.
- Dzięki!
- A ja jak zwykle na końcu! - powiedział z oburzeniem Mega. - Ale cóż. Ja jestem Mega, brat Lizzy.
- Miło mi.
- No, to jak już się poznaliście, chodźmy nad wodospad!
- O tak! - powiedział Tander. - Mamy tam tajną kryjówkę!
- Zgoda! - uśmiechnęła się Ricca i raźno poszli w stronę wodospadu.
Teraz trochę o rówieśnikach Ricci. Zacznijmy od początku. Sora, był Brązowym lewkiem z ciemno brązową grzywką, miał kremowy brzuszek i łapy, piwne oczy. Lizzy była ciemno brązową, przechodzącą w czerń lwiczką, z zielonymi oczami i kremowymi łapkami i brzuszkiem. Tander, on był dość dziwny. Był cały czarny. Jedynie łapy miał białe, nos ciemno różowy a oczy niebieskie. Mega był dobrze zbudowanym lewkiem, ciągle coś jadł. No - może z przerwami. ;) Był ciemno żółty z kasztanową grzywką. Łapki miał jasno kremowe, oczy - podobnie jak Halles - niczym krwisty rubin. Sophie była jeszcze pięniejsza od Diany - po prostu ideał lwicy. Zgrabna, długa, miała piękne, zgrabne nogi i błękitne oczy, jasno kremowa sierść. A przy tym szybka, wysportowana i silna. Czy może być coś bardziej idealnego?
Gdy lwiątka doszły do wodospadu Halles zaczął wariować. Chciał się odegrać na Dianie za ten numer z liśćmi. Zaczęło się na niewinnych skokach przez pionową taflę wody do groty gdzie lwiątka miały "klub", skończyłoby się na tragedii.
- Halles, opanuj się! - krzyknęła Diana i powaliła brata na ziemię. Jednak ten okazał się silniejszy, a odległość od tafli wody zbyt mała. Zepchnął Dianę a ta wyleciała przez ścianę wodospadu i byłaby zginęła, gdyby nie przytomność Ricci. Umiała pływać, gdy tylko Diana zostałą wypchnięta w ułamku sekundy skoczyła za nią.
W cieniu własnego ojca, cz.4
Ricca wyleciała za Dianą przez taflę wody i wskoczyła za nią do rzeki. Lwiątka wybiegły z przerażeniem z kryjówki i z wybauszonymi oczami patrzyły na rozwój wydarzeń.
- Jezu, gdzie one są! - powiedział płaczliwym tonem Halles.
- Tam! Tam! Widzę Shadow! - krzyknęła Sophie.
Rzeczywiście. Ricca płyneła do tyłu trzymając za skórę na szyi Dianę, nieprzytomną i nieświadomą. Lwiątka pobiegły ku brzegowi rzeki, gdzie dopłynęła Ricca i wyciągała "siostrę" z wody.
- Boże, co ja narobiłem! - płakał nad Dianą Halles.
- Żyje? - zapytała Lizzy.
- Tak! - powiedziała dysząc Ricca.
- Lecę po pomoc! - powiedziała Sophie i nie czekając na reakcję reszty poleciała czym prędzej w górę, nad wodospad, w stronę baobabu, pod którym leżały lwice. Gdy matka Sophie i inne lwice dowiedziały się o tym, poleciały tam, skacząc po skałach obok wodospadu na łeb, na szyję. Matka Diany i Hallesa też była pod baobabem. Przyszła tam, gdy lwiątka wyszły nad wodospad.
- Halles, coś ty zrobił! - krzyknęła i silnym ruchem odepchnęła syna, aż przekoziołkował. Wzieła córkę do pyska i zaniosła do starego baobabu, gdzie mieszkał pawian Shiro, stary szaman. Jedna z reszty lwic, matka Sophie, odprowadziła dzieci do groty.
Ricca zauważyła, że Halles idzie na samym końcu. Zwolniła kroku i podeszła do niego.
- Dlaczego idziesz sam? - spytała patrząc na niego z życzliwością i współczuciem.
- Jak to : dlaczego? Przecież omal nie zabiłem rodzonej siostry.
- To był wypadek przy zabawie, głupiej, przyznaję ale nie zrobiłeś tego specjalnie!
- Wiem...
- Nie smuć się... Bo gdy widzę jak się smucisz, chce mi się płakać...
- Wiesz...
- Co?
- Byłaś bardzo dzielna...
- Mam to po matce...
Ricca była bardzo skromną lwiczką i nie chciała się chwalić tym, że uratowała komuś życie. Każdy na jej miejscu by tak postąpił - więc ona też tak postąpiła. Wolała zginąć ratując Dianie życie niż stać i gapić się jak jej "przyszywana" siostra ginie w odmętach rzeki. Potem miałaby do końca życia pretensje do siebie i nieczyste sumienie, bo nie pomóc komuś, gdy jest w poważnym niebezpieczeństwie dla Ricci było równoznaczne z morderstwem.
Gdy Sander wyszedł naprzeciw matki Sophie i zobaczył, że odprowadza lwiątka a na dodatek nie ma wśród nich jego córki, zaniepokoił się. Jego potężny głos niczym grom rozniósł się w powietrzu:
- Gdzie Diana? Dlaczego je odprowadzasz, Sanabi?
- Później, Sander, nie teraz! Muszę leciec. Z resztą - inaczej. Chodź ze mną. A wy - tu zwróciła się do 7 nieszczęśliwych i przygnębionych szkrabów. - nie ruszajcie się stąd! - i popatrzyła na nich tak surowo, że wszyscy spojrzeli po sobie ze strachem. Gdy Sanabi i Sander wyruszyli do szamana Shiro, wszystkie lwiątka weszły do groty. Nie było tam nikogo - lwy były na polowaniach i spacerach, przywódca stada biegł do szamana z jedną z lwic, a reszta lwic była już z Niną pod baobabem. Lwiątka położyły się. Wszystkie rozmawiały po cichu usiłując ominąć temat tragedii nad wodospadem. Ricca znów ujrzała, że Halles jest z boku - nikomu nie potrzebny, smutny. Diana, mimo wszystko była jego drugą połówką. To była jego siostra, kochał ją nad życie, strasznie źle czuł się z faktem, że mógł ją zabić. Ricca wstała i położyła się obok niego. Nic nie mówiła. Po prostu leżała. Po chwili zobaczyła, że z pięknych rubinowych oczu, zwykle płonących radością, popłynęły łzy i dało się słyszeć ciche szochanie. Inne lwiątka też podeszły do Hallesa. Jednak on najlepiej czuł się w towarzystwie Ricci. Ona jedyna nie widziała w nim teraz mordercy, ale nowego brata i zarazem przyjaciela.
- Nie płacz. - powiedziała Sophie i liznęła Hallesa po policzku. - To nie twoja wina. Ona na pewno wyzdrowieje.
Wszyscy oprócz Ricci i Hallesa wyszli z groty, siedzieli na zewnątrz i korzystali z ostatnich dziś promieni słońca, które właśnie zachodziło. Ricca zawsze była nieśmiała jednak intuicja podpowiadała jej, aby przytuliła się do Hallesa. Tak też zrobiła. Lewki leżały przytulone do siebie, w ciemnej grocie, teraz tak strasznie nieprzyjemnej.
- Shadow?
- Hyym?
- Wiesz... Jesteś inna niż reszta lwiątek. Gdybym nie wiedział, kim na prawdę jesteś, pomyślałbym, że jesteś księżniczką.
- Ależ skąd.. - powiedziała Ricca. Jednak Halles wiedział, że ona jest księżniczką. Wyczuwał to.
W cieniu własnego ojca, cz.5
Wieczorem, już po zachodzie słońca, do groty przybyło stado. Wszyscy byli zasmuceni.
Halles podbiegł do matki. Jednak ta go uderzyła i nie chciała się do niego odzywać. Halles zapłakał rzewnymi łzami i uciekł w kąt groty. Ricce było go bardzo żal, więc poszła zapytać, co z Dianą.
- Żyje - powiedziała Sanabi, gdyż Nina leżała z mężem w osobnym dla nich miejscu i kazali dać sobie spokój. - ale jest w ciężkim stanie. Na prawdę, Shadow, jesteś niesamowita. Gdyby nie ty, Diana nie przeżyłaby.
- Każdy by tak postąpił...
- Nie, Shadow. Tylko prawdziwa, odważna lwica jest w stanie tak postąpić. Wiesz kogo mi przypominasz? Moją siostrę, Saraw.
- Saraw?! - wybauszyła oczy Ricca. - Sanabi, czy możesz ze mną na chwilę wyjść?
- Tak, jeśli to ważne..
- Bardzo.
Wyszły z groty i poszły na szczyt wzniesienia.
- Ja jestem córką Saraw, na prawdę mam na imię Ricca. Saraw nie żyje od siedmiu miesięcy. Katai, mój ojciec, nie upilnował jej, była ciekawska, wszędzie musiała wejść. Któregoś dnia przyglądała się czemuś bardzo, a hieny przepłoszyły stado gnu. Mama spadła w przepaść. Tata i ja znaleźliśmy ją. Jej ostatnie słowa do dziś utknęły mi w pamięci.
- Boże, Ricca! Saraw... Na prawdę... nie wierzę! Dlaczego więc stamtąd uciekłaś?
I wtedy Ricca opowiedziała ciotce całą historię.
- Tylko mam jedną prośbę - powiedziała kończąc wyjaśnienia. - Nie mów nikomu, ciociu Sanabi, że na prawdę jestem księżniczką Riccą. Teraz jestem Shadow z Krainy Lwów. Nie chcę być dalej Riccą - nie mam już tych zmartwień co kiedyś.
- Dobrze.. Ale uważam, że powinnaś się ujawnić. Ale to w końcu twoje życie i ja nie mam prawa się do niego wtrącać.
- Dziękuję, ciociu. - i przytuliła się do jej łapy. Sanabi czuła się tak, jakby przytulała młodą Saraw.
Ricca wróciła do groty. Gdy wszyscy zasnęli, poszła w kąt, gdzie leżał Halles.
- Myślałem, że już nie przyjdziesz, Shadow.
- Dowiadywałam się o stan twojej siostry. Żyje, ale jest w ciężkim stanie.
- Czyli praktycznie nie żyje.. - powiedział z goryczą.
- Halles! Nie wolno ci tak mówić! Trzeba mieć nadzieję. Nadzieja jest matką wszystkich lwów. Tak mówiła mi moja mama.
- Wiesz, ja straciłem nadzieję, a gdy myślę, że ona wyzdrowieje, boję się.
- Czego?
- Że nie będzie chciała się do mnie odzywać.. Gorzej, że ojciec mnie wygna..
- Nie mów tak! Jeśli cię wygna, to w takim razie razem ze mną.
- Dzięki...
- Za co?
- Że we mnie wierzysz i... za to, że jesteś solidarna.
- Och, przesadzasz... - zarumieniła się lwiczka.
Noc minęła spokojnie. Rano, gdy Ricca się obudziła, ujrzała, że obok niej nie ma Hallesa. Dotknęła miejsca, gdzie leżał - zimne.
- O Boże! - szepnęła. Wyleciała z jaskini jak z procy. Uświadomiła sobie, że Halles jest w strasznym stanie, że będzie chciał skończyć ze sobą.
- Powinnam go lepiej pilnować. - pomyślała. Wtedy uświadomiła sobie, że ten sam błąd popełnił Katai. - O straszliwy losie! Chociaż spraw, abym nie była powodem ciągu tragedii!
Gdy doleciała do wodospadu, ujrzała sylwetkę za ścianą wody, w kryjówce. Wskoczyła tam. Halles właśnie chciał skoczyć przez taflę wody, gdy Ricca złapała go za łytkę.
- AAAAAARRRRKKKK! - wrzasnął Halles, gdyż pazury Ricci zatopiły się w jego nodze.
-Nie!Nie!NIE!! - i pociągnęła lewka, tak, że oboje leżeli teraz w kryjówce, głęboko w grocie.
- Zwariowałaś? - zapłakał Halles, patrząc na lekko zakrwawioną tylną nogę.
- A ty?! - powiedziała Ricca z przerażeniem w oczach. Jej wyobraźnia już widziała, jak Halles skacze, wpada do wody, tonie.
Halles poczuł się głupio. Ricca miała rację - zwariował, chciał skończyć ze sobą. Przecież to było szaleństwo.
- Przepraszam. - powiedział cicho Halles. - Ale jak teraz wrócę do groty? Przecież mama mnie zabije...
- Nie zabije. Poczekaj tu. - powiedziała i wyskoczyła z groty. Za chwile była spowrotem.
- To są tak zwane "liście babki". Moja przyjaciółka nauczyła mnie, że są świetne na stłuczenia, złamania i skaleczenia.
- AAAAŁ! - wrzasnął. - Boli!
- Ufasz mi?
- A co to za głupie pytanie?
- Ufasz mi? - powtórzyła Ricca.
- Tak. A co?
- Muszę zawiązać liść lianą. To będzie jeszcze bardziej bolało.
- No trudno... - powiedział i zrobił minę taką, jakby właśnie leżał pod gilotyną i wypowiadał ostatnie życzenie katowi.
- AAAARRRKK!!! AAAAAA! - wrzeszczał.
- Już.
Halles myślał, że zaraz skona. W oczach mu się czarno zrobiło. Zaszumiało w uszach.
- Halles?
- Nic, nic.. To nic...
- Chodźmy..
- Gdzie!? Dokąd?!
- Do groty, głuptasie.
- Ja tam nie wrócę, o nie!
- O tak! - i zaczęła gotować się do skoku. Halles nie chciał mieć do czynienia z pazurami Ricci po raz drugi.
- No zgoda, zgoda...
Poszli w stronę groty. Ich nieobecność zauważyła Nina, zaniepokoiła się.
- Gdzieście byli?!
- Nad wodospadem.. - odrzekł cicho Halles.
- CO?! Mało ci było tego, że o mały włos nie zabiłbyś siostry?! Ja cię nauczę rozumu! - i właśnie miała uderzyć Hallesa, kiedy własnym ciałem zasłoniła go Ricca.
- Ale to nie tak! - krzyknęła.
- A jak, Shadow?!
I wtedy wszystko wyjaśniła Ninie. Powiedziała, że to ona zrobiła Hallesowi to "coś" na nodze, że ona go opatrzyła...
- No już dobrze, dobrze. Halles, wiem, kochanie, że nie chciałeś zrobić krzywdy Dianie, ale trzeba myśleć dwa razy zanim coś się zrobi.
- Wiem, mamo. - płakał Halles. - Już nigdy więcej nie będę się z nikim bił, kiedy będziemy nad wodospadem... Przyrzekam!
- No już dobrze, dobrze, nie płacz.
Kilka dni później Diana wróciła do domu. Była jeszcze słaba, ale mimo wszystko mogła chodzić i mówić. Co prawda - nie chciała na oczy widzieć Hallesa. Ale to wkrótce miało się zmienić. W kolejnej przygodzie, w kolejnym wyśnionym przez Riccę dniu...
W cieniu własnego ojca, cz.6
Ricca chodziła dniami i nocami za Dianą, żeby ta wreszcie zaczęła odzywać się do Hallesa. Jednak nic to nie dało - ona uważała, że on nie zasługuje na jej respekt dla niego. Halles był zrozpaczony. Reszta lwiątek też uważała, że Diana jest nie fair wobec brata, ale ona była uparta jak osioł. Postawiła na swoim i koniec, kropka. Dopiero nowa przygoda miała spowodować, że Diana "będzie spowrotem siostrą Hallesa".
Pewnego ranka dzieciaki wybrały się nad rzekę, gdzie rósł las bardzo wysokich drzew. Chciały się trochę powspinać. Łaziły po drzewach, skakały, zjeżdżały na pazurach... Diana też tam była. Bawiła się z innymi, kiedy nagle zobaczyła młode guźce.
- O jakie one słodkie! - i zaczęła do nich podchodzić.
- Diana! Nie podchodź tam! W pobliżu na pewno jest zła mamuśka, jak zobaczy, że zaczepiasz jej dzieci to cię zabije!"
- Eeee tam! Głupstwa gadasz! - mówiła Diana.
Wtedy z krzaków wyszła " rozwścieczona mamuśka". Rzuciła się na Dianę. Ta chciała umknąć na drzewo, jednak się ześlizgiwała.
- Ratunku! AAAA!!!!! - wrzeszczała.
- Nadchodzę! - krzyknął Halles.
Wtedy zjechał na dół i podciągnął Dianę a guźcową podrapał w oczy tak, że nie mogła go chwilowo dojrzeć.
- Jesteś cała? - powiedział Mega.
- Tak, chyba tak.
- Na pewno? - powiedział zdyszany Halles, wchodząc spowrotem w koronę drzewa.
Diana zamilkła. Uratował jej życie, ale przecież najpierw o mały włos nie zabił.
- Tak, dziękuję, braciszku. - i liznęła Hallesa po poliku.
- Odzywasz się do mnie? Myślałem..
- Bo miałam się nie odzywać, ale przecież uratowałeś mi życie. To jest dla mnie zadość uczynienie za tamto... No wiesz...
- Dzięki, że mi wybaczyłaś.
Lwiątka bawiły się jeszcze trochę a potem zeszły na dół. Wróciły do domu akurat na obiad.
Po zjedzeniu antylopy odechciało im się bawić. Położyli się w chłodnej grocie i rozmawiali.
- Jak myślicie, jak będzie wygądała Shadow, jak dorośnie? - zaczęła Diana.
- Dlaczego akurat ja, a nie Sophie? Przecież jest ładniejsza! - zaprotestowała Ricca.
- Ale ty jesteś skromna, i w ogóle taka jakaś... Niezwykła! - powiedział Tander.
- Ja myślę, że będziesz żoną jakiegoś króla. Jesteś uczynna, bohaterska.. Bo przecież nie wygląd się liczy, a to, co masz w środku. - powiedziała Lizzy.
- Wiecie, co powiedziała mi moja matka, gdy konała? - odpowiedziała im Ricca. - Że "tak długo, jak jesteś na tej ziemi, liczy się, kim jesteś i kim będziesz".
- To prawda... - powiedział Halles.
- A dla mnie liczy się dobry obiad. - powiedział Mega. Wszyscy serdecznie się roześmiali.
- Hej, zabawimy się w "Zgadnij, kogo udaję?" - rzuciła w przypływie radości Sophie.
- Jasne! - zarechotała Diana i zaczęło się.
- Jestem strasznie poważny, potężny i jak ktoś usłyszy mnie z daleka, to się boi, że to burza! Hahahaha!! - zachichotał Halles, udając poważnego i mówiąc grubym głosem.
- Jesteś Sanderem! - powiedziała Sophie. - To teraz ja. Ciągle rozpamiętuje dawne czasy i tęsknię za siostrą. - zachichotała. Wtedy Ricce zrobiło się przykro, na myśl o matce.
- "Nie zapomnę, nawet, jako stary pawian." - pomyślała.
- Jesteś Sanabi! - rzucił Tander. - Ja teraz! Jestem nadęta, poważna i strasznie potężna! - wtedy wszyscy się zaczeli jeszcze bardziej śmiać, gdyż Tander mówił w rodzaju żeńskim.
- Nina! Nina! - krzyczały lwiątka.
- To teraz ja. - powiedziała spokojnie Ricca, jednak zdołała przekrzyczeć kolegów. - Mam piękne ogniste oczy i robię czasem coś głupiego.
- Halles! - krzyknął Mega.
I tak zabawa trwała w najlepsze. Aż do wieczora. Gdy wszyscy ułożyli się spać, Ricca siedziała na szczycie wzniesienia i płakała. Mówiła do gwiazd, gdyż wiedziała, że tam teraz jest jej matka. Halles zauważył, że Ricca nie leży obok niego na swoim legowisku, ani nigdzie indziej w grocie. Wyszedł i ujrzał ją na starym pniu powalonego dębu, więc poszedł tam.
- Co ty tu robisz, Halles? - powiedziała nawet się nieodwracając.
- Nie położyłaś się, więc poszedłem sprawdzić, co się z tobą dzieje.
- Dzięki, ale chcę być sama.
- Na pewno?
- Tak.
- Więc już sobie idę...
- Zaczekaj!
- Tak, Shadow?
- Są sprawy, o których nie wiesz. Wiedz, że są to rzeczy, o których mogę powiedzieć tylko komuś na prawdę mi bliskiemu. Nie obraź się, ale nie jestem jeszcze gotowa na ujawnienie ci tych rzeczy. Chcę, żebyś wiedział, że nie obraziłam się na ciebie, skoro z tobą nie rozmawiam. Ale dziś przypomniałam sobie coś, czego jeszcze nasza przyjaźń nie przetrwa.
- Rozumiem... Dobranoc.
- Dobranoc, Halles.
W cieniu własnego ojca, cz.7
Wiele dni minęło od tamtej rozmowy. Ricca miała już 1,5 roku, była prawie dorosła. Razem z przyjaciółmi wkraczała w wiek zauroczeń, ciężkiej pracy na nauce polowania....
Ricca, Lizzy, Sophie, Diana i jeszcze dwie inne lwice (nieco młodsze od nich, Sarabi i Uru) uczyły się u Niny polować. Zaś Mega, Sora i Halles zastanawiali się, jak poprosić lwicę, żeby była jego dziewczyną. Któregoś dnia Diana wpadła zupełnie zszokowana do groty gdzie właśnie myły się Ricca i Sophie.
- Słuchajcie! Nie uwierzycie! Sora poprosił mnie, żebym była jego dziewczyną!
- Na prawdę?! - zdziwiła się Sophie.
- To było widać już dawno! - powiedziała z przekonaniem Ricca.
- Mnie się podoba Mega, Lizzy mówiła że jej Tander. Tobie w takim razie pozostaje Halles! - zachichotała Sophie.
- Eee tam... - zasmuciła się, gdyż wiedziała, że Halles ją lubi, ale przecież jest jego siostrą.
- Pewnie myślisz, że przez to, że Nina uznała cię za córkę nie możecie się zejść! Akurat! Jesteście przecież z innych rodzin.
- Wiem...
Ricca jeszcze tego samego dnia dowiedziała się, że Lizzy poprosił o chodzenie Tander, a Sophie została dziewczyną Megi. Tylko ona, jako jedyna sierotka marysia nie miała chłopaka. Wiedziała, że jeśli Halles poprosi ją, żeby była jego dziewczyną, to czeka ją trudna rozmowa. Przecież Halles kochał Shadow, a nie Riccę.
-"Strasznie trudno jest być podwójną." - myślała.
Siedziała właśnie w grocie, kiedy Halles przyszedł z kwiatem orchidei w zębach i zabrał ją na spacer. Teraz może trochę o tym, jak teraz wyglądała paczka przyjaciół, skoro byli już prawie dorośli. Ricca była śliczną, zgrabną ciemno brązową, wręcz ciemno bordową lwicą z błekitnymi oczyma. Była silna i rozsądna. Lizzy zrobiła się czarna, jak jej chłopak, Tander. Miała zielone oczy i potężną budowę. Tander był pięknym, dużym lwem z gęstą i czarną jak noc grzywą i pięknymi niebieskimi oczyma. Halles był ciemno żółty, miał bujną czarną grzywę i jak zwykle płonące radością oczy niczym dwa rubiny. Sophie - nadal idealna, tak samo zgrabna, silna i wysportowana. Walczyła i polowała najlepiej ze wszystkich lwic w stadzie.
Diana - piękna panna, taka jak dawniej, tylko trochę większa i silniejsza, była w stanie powalić Hallesa i nie dać mu wstać. Sora - ciemno brązowa grzywa, kasztanowa sierść. Mega - wyglądał bajecznie - miał złocistą sierść i jasno kasztanową, wręcz czerwoną grzywę. Nie był gruby - ale najpotężniejszy. Z nim lepiej było nie zadzierać. Gdy Halles i Ricca doszli do łąki w głębi dżungli, Halles poprosił Riccę, by usiadła na głazie, a on usiadł przed nią i trzymając w swoich łapach jej łapę, powiedział:
- Shadow, czy zgodzisz się być moją dziewczyną?
Riccę zatkało. Jednak nie dlatego, że niespodziewała się prośby Hallesa - wręcz przeciwnie. Przeczuwała to. Bała się rozmowy, jaką musi teraz odbyć.
- Halles, zanim odpowiem ci na to pytanie muszę ci powiedzieć coś ważnego.
- Zamieniam się w ucho od słonia. - zażartował Halles.
- Wiedz, że to co teraz powiem, może zmienić twoje uczucia do mnie. Jednak moich nie zmieni. Jesteś chyba najdroższą mi osobą. Tak na prawdę mam na imię Ricca. Jestem córką Saraw i Katai, pary królewskiej z Lwiej Ziemi. Saraw zginęła gdy miałam 3 miesiące. Widziałam, jak konała. Powiedziała mi wtedy coś ważnego, co jest moim przysłowiem życiowym. Mój ojciec nie pilnował mojej matki, nie dociągnął pewnych spraw. Był czrującym lwem, mężem i ojcem. Jednak kiedy moja matka zginęła - zamienił się w nadopiekuńczego i przewrażliwionego na moim punkcie lwa, który unieszczęśliwia córkę, choć w jego mniemaniu robił dobrze. Pewnego dnia nie wytrzymałam - uciekłam, całą noc biegłam aż dotarłam tutaj. Nigdy nie sądziłam, że będzie mi tak dobrze. Nigdy nie zaznałam takiego ciepła, miłości, radości, przyjaźni. Niczego z tych rzeczy nie miałam na Lwiej Ziemi. W oczach wszystkich byłam tylko księżniczką. A ja jestem kimś więcej. Chciałam wieść zwykłe życie, wśród przyjaciół i rodziny, dzieci i męża. Znalazłam właśnie w tobie bratnią duszę. Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję, że muszę cię okłamywać i że teraz muszę odbyć z tobą rozmowę, która zrujnuje naszą przyjaźń, a może nawet miłość. Chciałam zawsze być w twoich oczach osobą, której ufasz. Żałuję, że zakochałeś się w Shadow, a nie w Ricce.. Ranię cię i raniłam przez to, że kłamałam. Przepraszam Halles, wybacz mi... - i liznęła Hallesa w pysk tak czule, jak umiała najbardziej, po czym zwiesiła głowę i odeszła. Halles nie poszedł za nią. Czuł się bardzo nieswojo.
W cieniu własnego ojca, cz.8
Ricca nie wróciła na noc do groty. Spała pod baobabem. Rano nie mogła nigdzie znaleźć Hallesa. Szukała nad wodospadem, w dżungli. Ani śladu. Znikł. Jednak, jak się potem okazało, nie zrezygnował z przygód. Pobiegł na Lwią Ziemię. Chciał poinformować innych, że Ricca żyje i jest cała i zdrowa. Powitała go Akita.
- Witaj, chłopcze. Co cię do nas sprowadza? - zapytała życzliwie.
- Jestem przyjacielem Ricci.
- Co powiedziałeś?! - ryknął nagle Katai, nie wiadomo skąd ukazując się na lwiej skale.
- Jestem przyjacielem Ricci. Twoja córka jest cała i zdrowa, jest w moim stadzie. Uciekła stąd, teraz jest moją dziewczyną i częścią naszej rodziny. Uciekła, bo była tu dla wszystkich tylko księżniczką, a ona chciała żyć normalnie. Tak więc znajdź sobie inną następczynie tronu! - krzyknął.
- Za wiele powiedziałeś, za wiele! - krzyknął rozwścieczony Katai i rzucił się na Hallesa. Walki nie było, bo Halles umknął, ale Katai drasnął go w oko. Miał szramę. Wrócił wieczorem, trochę po zachodzie słońca.
- Nareszcie jesteś, martwiłam się o ciebie! - powiedziała Nina. - Shadow bardzo tęskniła.
- Chciałaś powiedzieć Ricca.
- Co?! Jaka Ricca? - zdziwiła się Nina.
- Potem ci wytłumaczę.
- Boże! Synu, kto ci zrobił to świństwo na oku?!
- Ojciec Ricci.
- Ale..
- Mamo, nie teraz!
I poleciał szukać ukochanej. Siedziała na szczycie wzniesienia i rozmawiała z gwiazdami.
- Prawdziwej miłości nic nie zmieni ani nie zabije. Nawet śmierć.
- Och, co ty tu robisz? I co ci się stało?
- Zbyt wiele by mówić. To dla ciebie.
I podał Ricce kamień z pustyni na Lwiej Ziemi.
- To jako pamiątka po matce...
- Dziękuję, Halles! - powiedziała i przytuliła się do lwa.
- Ej, ej, ej! Nie odpowiedziałaś mi na pytanie!
- Jakie?
- Nie pamiętasz...?
- Tak, Halles, zgadzam się. - i przytuliła się do niego jeszcze mocniej.
Potem jeszcze długo się bawili. Ricca powalała Hallesa na ziemię, Halles wrzucał ją w kwiaty, gonili się, przytulali...
Rano poszli nad wodospad, pływając i bawiąc się spedzili cały dzień.
Gdy Ricca skończyła rok i 11 miesięcy, nadszedł ważny dla niej dzień. Wraz z rówieśnicami miała po raz pierwszy odbyć samodzielne i prawdziwe polowanie. Wszyscy w stadzie już wiedzieli, że Shadow na prawdę ma na imię Ricca. Gdy wcześnie rano nadszedł czas zbiórki przed polowaniem, którą prowadziła Sanabi, Halles wstając szepnął Ricce do ucha:
- Na pewno sobie poradzisz... - i uśmiechnął się.
- Dziewczęta, sprawdzę, czy jesteście wszystkie. Sarabi jest, Ricca jest, Diana też, Sophie obecna, Lizzy jest... A gdzie Uru?!
- Tutaj! - krzyknęła Uru. - Przepraszam Sanabi, zaspałam.
- No dobrze, ważne, że jesteś. Posłuchajcie. Dziś jest wasze pierwsze samodzielne polowanie. Wcześniej polowałyście w grupie lub ze mną. Teraz każda z was pójdzie w inne miejsce. Jeśli przyniesiecie kawałek zdobyczy, zaliczę wam polowanie jako wykonane i udane.
- Tak jest! - i lwice rozbiegły się. Uru była dziś w nie najlepszej formie. Rzuciła się na dorosłe gnu, jednak nie zdążyła go sparaliżować, gdy gnu zrzuciło ją z grzbietu i chciało stratować. Na szczeście wszystko, jednak z odległości, oglądała Sanabi, i porę powaliła gnu. Uru musiała próbować jeszcze raz. Sophie upolowała młodą zebrę, a robiła to z taką gracją, jakby tańczyła, a nie wtapiała kły w szyi zebry. Sarabi była potężnie zbudowaną lwicą, tak więc nie miała problemów z dorosłym gnu. Zabiła je, po czym przywlekła w całości do miejsca zbiórki. Zastała tam już Riccę. Ona jak tylko wyleciały ze zbiórki, wróciła z dorosłą zebrą. Była najszybsza, jako pierwsza upolowała i przywlekła zdobycz. Lizzy upolowała młodą sarnę, gdyż wybrała się nad wodospad. Wróciła z nią też niedługo po Sabby. Potem wróciła Sophie, Uru. Diana wciąż nie wracała. Wszyscy się zaniepokoili.
- Gdzie ona jest?! - chodził niespokojnie w tę i spowrotem Sander. - Ricca, widzisz coś? - zapytał lwicy, gdyż ona właśnie siedziała na czubku wzniesienia.
- Hahahaha.... Hahahahha.... - zaczęła się tak śmiać, że aż sturlała się ze wzniesienia do groty. Śmiała się do rozpuku, bo to co zobaczyła, było wystarczającym wyjaśnieniem.
Do groty weszła Diana, tyłem, bo ciągnęła... Bawoła! Tak, bawoła! Potężnego, martwego byka. Dlatego nie było jej tak długo. Wszyscy się śmiali, a najgłośniej Ricca i Sanabi.
- No, to mamy sukcesy w różnych dziedzinach.... - chichotała Ricca. - Ja najszybciej wróciłam, Diana przywlekła największą zdobycz, Sophie najładniej polowała, Sarabi najszybciej powaliła gnu.... Hahahaha...
I tak na śmiechu i chichotach zakończył się ten dzień, który dla Ricci był bardzo ważny. Jak się potem okazało, nie najważniejszy. Położyła się obok Hallesa. Ten nie otwierając oczu powiedział:
- Wcześniej myślałem, że moglibyśmy połączyć stada. Ale teraz myślę, że tu jest piękniej, i że tu zostaniemy....
- Tak.. Tylko tutaj, albo nigdzie. - uśmiechnęła się i zasnęła.
Nadszedł w końcu dzień, kiedy Halles, Ricca, Diana, Sophie, Sora, Mega, Lizzy, Tander skończyli po 2 lata. Wtedy każdy z lwów zadał swej faworycie pytanie, czy nie zechce zostać jego żoną. I tak odbyły się kilka dni później 4 śluby, Ricci i Hallesa, Tandera i Lizzy, Megi i Sophie oraz Sory i Diany. Tak się złożyło, że Sander i Nina byli już w sędziwym wieku, więc oddali Hallesowi władzę nad stadem. A zarazem oddali władzę Ricce, bo skoro ona była żoną Hallesa, to i przywódczynią stada. Pierwszego dnia, kiedy Halles i Ricca byli już małżeństwem, siedli na szczycie wzniesienia o wschodzie słońca, i ujrzeli pędzącą w ich stronę grupę.
- O nie! - krzyknął Halles. - Ricca, zwołaj lwice, także moją matkę, a Sanabi niech powiadomi lwy. Pędzi ku nam wrogie stado.
- Obawiam się, że wiem, czyje. - powiedziała smutno Ricca i pobiegła po inne lwice. Halles już wiedział, co miała na myśli Ricca. To było stado jej ojca, Katai. Przyszło po swoje, po Riccę.
W cieniu własnego ojca, cz.9
Ricca zwołała lwice i wszyscy stali w gotowości na dole, ona pobiegła do Hallesa.
- Nie znają dżungli. - powiedziała.
- Ale oni będą chcieli walczyć, nie bawić się w ciu-ciu babkę.
- Trudno, ja mogę nawet zginąć, ale nie pozwolę tym dupkom tutaj się panoszyć! - powiedziała, i w jej oczach zalśnił ognień, a z jej paszczy wydał się przeraźliwy, niczym grom brzmiący ryk. Stado stanęło. Wszyscy spojrzeli w górę, gdzie z oddali było widać wzniesienie w dżungli. Wszystkie lwy ze stada Ricci i Hallesa ruszyły do boju. Jej ryk był dla nich jak sygnał, aby zaatakować. Lwy, razem z Riccą i Hallesem na czele ruszyły skradając się i niosąc nisko łby. Gdy stanęli jakieś 100 metrów przed stadem Katai, ojciec Ricci otworzył oczy ze zdumienia.
- Ricca... - powiedział, po czym spojrzał na Hallesa gniewnie.
- Odejdź stąd, Katai. Nie chcę, byś zginął. - powiedziała po czym warknęła na Hallesa, który chciał rzucić się na Kataiego.
- Dziecko, nie żartuj. Zabijesz własnego ojca?
- Nie ja, i nie dziecko. Nie jestem twoim dzieckiem, nigdy nim nie byłam. To przez ciebie uciekłam, miałam cię dość! Zabiją cię moi poddani. Jestem żoną Hallesa, jego ojcem jest poprzedni przywódca stada. A więc teraz mi tu rządzimy. Zjeżdżaj stąd, za nim twoje lwy dostaną pożądne lanie. - i w jednej chwili jej piękne błękitne oczy zrobiły się czerwone, jak rubiny. Katai trochę się zląkł, ale nie okazał tego po sobie.
- Jestem królem i wolno mi robić co zechcę!
- Co? Nie jesteś królem! Może na tej swojej cholernej skale, ale tutaj jesteś intruzem ze Złej Ziemi. Wynoś się stąd! Liczę do trzech. Raz... Dwa... Trzy! - ryknęła potężnie. Wszystkie lwy z nią na czele rzuciły się na stado Katai. Akita, Katai... Wszystkie lwy raz po raz otrzymywały od lwów Ricci potężne ciosy. Ricca była rozsierdzona jak stadko szerszeni. Nie widziała, kogo drapie, gryzie, powala na ziemię. Była najwaleczniejsza, a jej złość i nienawiść do ojca dodała jej siły, nadprzyrodzonej siły. Nagle kątem oka ujrzała, jak Katai powala Hallesa na ziemię i chce zadać mu ostateczny cios, jednak w jednej chwili rzuciła się na ojca. Powaliła go, uderzyła kilkakrotnie, podrapała, narobiła wiele ran. Opamiętała się po chwili i poszła na ratunek Sanabi, która walczyła z jednym z lwów. Katai ledwo mógł oddychać. Gdy lwy z jego stada go zobaczyły, przerwały jatkę. Zabrały go na Lwią Ziemię. Wróciły tam tylko niedobitki, gdyż większość poległa w walce albo skonała po drodze. Halles i Ricca też nie obyli się bez strat. Nina, Sarabi, Uru, Sander i dwa inne lwy z ich stada zginęły. Odbyły się pogrzeby, a jeszcze potem przez mniej więcej tydzień trwała żałoba.
- Ricco, wiesz, że uratowałas mi życie?
- E tam... Po prostu waliłam łapami na wszystkie strony, w końcu zobaczyłam ojca i jemu też sprawiłam niezłe lanie. Ale nie mówmy już o tym. Sprawa zażegnana, stado Katai przekonało się, że mimo liczniejszej grupy z nami nie wygrają.
- Masz rację.
Kilka dni później Ricca bardzo źle się czuła. Myślała, że to skutki walki, ale dla pewności udała się do szamana Shiro.
- O ho ho! Kogo my tu mamy. Witaj, Ricco.
- Szamanie, ostatnio nie czuję się najlepiej, i ...
- Ciii! Ja wszystko wiem! W końcu jestem szamanem.
Zbadał Riccę, po czym przyniósł jej napar z ziół.
- Jesteś w ciąży, Ricco.
Ricca o mało nie zachłysnęła się pijąc.
- Co?
- Na 100%. Wiem, co mówię. Nie jestem w stanie określić, jakiej płci będą lwiątka, ale..
- Lwiątka? To ich będzie kilka?
- Najwyżej trzy, ale nie wiem, jakiej płci będą.
- A za ile.. Urodzę?
- Za jakieś 5 tygodni. Nie przemęczaj się, staraj się dużo odpoczywać. Dobrze?
- Oczywiście, Shiro. Dziekuję! - i poszła jak najszybciej do Hallesa.
Jednak lew akurat był gdzieś na polowaniu, więc opowiedziała o wszystkim koleżankom i Sanabi. Wszystkie bardzo się cieszyły. Halles, gdy tylko wrócił, też otrzymał tę radosną nowinę. Podskakiwał z radości przez długi czas. Niedługo, bo już następnego dnia, Ricca dowiedziała się że Lizzy i Sophie też są w ciąży. Potem także Diana o tym się dowiedziała.
Pięc tygodni później, jak obiecał Shiro, Ricca urodziła lwiątka. Było ich dwoje, dwóch braci. Sophie urodziła córkę, Lizzy dwóch synów i córkę, Diana dwie siostry.
Ricca miała problem. Nie wiedziała, któremu z braci oddać panowanie nad stadem. No i oczywiście nie mogła powiedzieć im o Katai, bo pretensjonowali by się do tronu.
- Może - podrzucił jej Halles. - Ten który pierwszy się ożeni, zostanie przywódcą?
- Dobry pomysł. Niech tak będzie. A jak ich nazwiemy?
- Sander, na cześć mego ojca, i ...
- Nie... Może Kesley i Rowen?
- Tak! Piękne imiona... W sam raz dla nich.
- Chrzciny... kiedy je ochrzcimy?
- Może za dwa tygodnie, jak troche podrosną.
Tego samego dnia miały zostać ochrzczone inne lwiątka. Sophie nazwała swoją córkę Sarafiną. Lizzy nazwała córkę Rayla, a synów Domino i Cliff. Diana nazwała swoje córki Cherry i Flame. Niedługo odbyła się prezentacja i chrzciny lwiątek. Ricca podczas prezentacji zobaczyła, że na jej synów pało światło od Saraw. Wiatr pieścił delikatnie jej sierść, a ona była w niebo wzięta.
W cieniu własnego ojca, cz.10
Rano Kesley i Rowen obudzili się bardzo wcześnie. Halles miał pokazać im Rajską Ziemię "od kuchni". Kesley usiłował obudzić Hallesa rycząc, a Rowen ciągnął go za ucho.
- Już... Wstaję, wstaję... - powiedział. Otworzył oczy, ziewnął, przeciągnął się po czym wyszedł z groty w towarzystwie dwóch radosnych lewków. Weszli na szczyt wzniesienia.
- A oto i wasze królestwo. - powiedział, ponieważ sam czuł się jak król. - Wszystko, co opromienia słońce, będzie kiedyś należało do was.
- Łał...
- Wiecie, życie lwa jest jak słońce, wschodzi i zachodzi. Tak samo jego panowanie, przywódstwo w stadzie. Kiedyś słońce mojego przywódstwa zajdzie, a wzejdzie dla was, jako nowych przywódców.
- Ale.. Jak będziemy rządzić jedną ziemią, skoro jest nas dwoje? - zapytał ciekawsko Rowen.
- Widzisz.. Który z was jako pierwszy się ożeni, ten zostanie władcą. Tak będzie sprawiedliwie.
- Aha... - Kesley zasmucił się. Jego brat Rowen był silniejszy, potężniejszy, na pewno on pierwszy się ożeni. Właśnie, teraz trochę o wyglądzie dzieci Ricci i jej przyjaciół. Rowen był ciemno żółtym lewkiem z kasztanową grzywką, miał piękne rubinowe oczy i dość pokaźną posturę. Kesley był jego zupełnym przeciwieństwem. Był lichym, brązowym lewkiem z czarną grzywką i niebieskimi oczami. Był chudy, jednak zwinny i sprytny. Sarafina, córka Sophie była równie piękna jak matka, po prostu skóra zdarta z Sophie. Identyczna, ładna, zgrabna, rozsądna, jednak jedyną różnicę stanowiły oczy - Sophie miała błękitne, Sarafina - rubinowe. Flame była rudowłosą lwicą o jasno brązowej sierści, z pięknymi, zielonymi oczami. Cherry była ciemno kremowa, z piwnymi oczami. Rayla była czarną lwiczką z błękitnymi oczyma, Domino i Cliff byli popielaci, z czarnymi grzyweczkami. Gdy lwiątka się poznały - wszystkie jak jeden mąż poszli nad wodospad. Bawili się, pływali. W końcu zmęczeni położyli się w grocie-kryjówce i tam zasnęli. Ricca, Sophie, Tander i Mega szukali swoich dzieci, ale nie mogli ich znaleźć. Myśleli, że coś im się stało. A małe spały smacznie w grocie. Ricca w końcu wpadła na pomysł przeszukania wodospadu i wszyscy zaczęli się śmiać.
- Nigdy w życiu nie wpadłabym na pomysł, że zasnęły po zabawie. - śmiała się serdecznie Sophie. Lwice i lwy wzięły swoje dzieciaki do domu, a potem jeszcze trochę czasu minęło, zanim przestali się z tego śmiać. Jednak miłe chwile nie miały potrwać długo.
- Akita! - zawołał potężnie Katai.
Wśród spuszczonych, smutnie patrzących w ziemię łbów dumnie, z podniesioną głową przeszła Akita.
- Tak, panie? - zapytała z nonszalancją.
- Dlaczego lwice nie są gotowe do ataku? - gniewnie zmierzył spojrzeniem lwicę.
- Przecież to szaleństwo, królu! Ricca i jej stado..
- Tu jest jej stado! - huknął. - Nie spocznę, dopóki nie odzyskam prawowitej następczyni tronu. To moja córka! Nie oddam jej wyrzutkom!
Akita nie odpowiedziała. Wtedy nadeszła Dorris, konkubina króla.
- Katai, kochanie... Mam pomysł, jak odbić Riccę wyrzutkom...
- Jak?
Akita zdębiała. Miała ochotę zabić Dorris. Była zła, przebiegła, chytra i mściwa.
- Porwiemy jej synów... Przyjdzie tu po nich.
Wtedy Akita nie wytrzymała. Zadała potężny cios w głowę Dorris i uciekając, krzyknęła:
- Lwice za mną! Do naszej pani!
Wszystkie lwice pobiegły w stronę Rajskiej Ziemi aby przyłączyć się do stada Ricci. Lwy usiłowały je gonić, lecz na nic się to zdało.
- Zdrajczynie! Dopadnę was! - wrzeszczał Katai. Dorris nie żyła. z jej pękniętej głowy sączyła się krew. Katai zmienił się przez nią w mściwego i opętanego złem lwa. Postanowił, że przyłączy do siebie stado ze Złej Ziemi, stado córki Lisy, Ziry. Tylko ona mogła mu pomóc zemścić się na stadzie Ricci i odbić ją.
Akita i lwice dobiegły do groty Ricci, sama ona wyszła im na powitanie.
- Delegacja? - zapytała patrząc na nie z nienawiścią, dopiero gdy rozpoznała w chudej lwicy na czele Akitę, rozchmurzyła się.
- Co wy tu robicie? - ryknął Halles i migiem doskocył żony.
- Katai chce porwać twoich synów, abyś po nich przyszła i chce cię wtedy odbić. - i zaczęła opowieść od początku, o tym, jak na Złej Ziemi Katai znalazł sobie konkubinę, miała być jego nową żoną. Opowiedziała jej wszystko od momentu, gdy Ricca i jej stado pokonało stado Katai. Ricce aż oczy pulsowały ogniem, gdy wszystko to słyszała. Miała ochotę tam pobiec i zabić ojca. Jak on mógł nawet takie rzeczy planować! Zmienił się nie do poznania, to już nie był Katai, to był jakiś dziki, mściwy lew. Nie mogła uwierzyć, że własnie o jej ojcu mówi Akita. Była już w sędziwym jak na lwicę wieku, wychudzona, brudna. Halles i Ricca przyjęli lwice do stada, wpierw zaprowadzili je nad wodospad, aby się napiły i doprowadziły do porządku. Dali każdej z lwic antylopę gnu, mogły się najeść do woli. Lwice oficjalnie dołączyły do stada i spały tej nocy w grocie. Rano zapolowały razem z innymi lwicami. Miały szansę nareszcie być z lwicą, która wdała się w matkę i rządziła sprawiedliwie i długo. Były wreszcie szczęśliwe.
W cieniu własnego ojca 2, cz.1
Tego dnia Kesley nie mógł zasnąć. Dręczyły go jakieś koszmarne wizje. Rowen też tylko udawał, że śpi. Wizje Kesleya miały się sprawdzić w najbliższym czasie. Widział zachód krwawego słońca, trupy lwów ze stada Katai i Ricci, ale najgorsza była wizja.. Śmierci. Czarny lew bez oczu, wyjący i mający kosę zamiast ogona trzymał pazurami łapy jego matki. Ricca wisiała nad przepaścią. Wtedy śmierć puściła ją, a ona wpadła w ciemność. Kesley stanął na równe nogi z przerażonymi, wybauszonymi oczami. Rowen to zobaczył i także wstał. Odkąd pół roku wcześniej Akita i lwice dołączyły się do stada Ricci, Kesleyowi i Rowenowi coraz cześciej ukazywał się ten krwawy zachód słońca po wielkiej bitwie, z której nikt nie wyszedł cały. Tego wieczora postanowili, że opowiedzą matce o tych dziwnych wizjach. Przez pół roku lewki bardzo urosły. Kesley nie był już tak lichy, ale i tak silniejszy był Rowen. Byli jak dwie owce - czarna i biała, bo zupełnie się od siebie różnili. Jednak tworzyli dość zgodną parę, jedno dawało drugiemu coś od siebie, coś, czego ten drugi miał mniej albo wcale. Flame i Cherry też podrosły, tak samo jak Sarafina, Rayla, Cliff i Domino. Cała paczka zawsze trzymała się razem. Kochali się jak bracia. To, co widzieli Rowen i Kesley było o tyle przerażające, że w owych wizjach nie było dwóch braci i ich przyjaciół. Kiedy opowiedzieli je Ricce, ta nakazała im pójść do syna szamana Shiro. Aro powiedział im co oznaczają te sny.
- To tylko obawy. Ja też mam wizje, ale inne. Wasza matka i wasze stado całe cudem ocaleje, jednak nie wiem, co stanie się ze stadem Katai. Myślę, że te sny to po prostu strach, po tym, co powiedziała Akita. Przestraszyliście się. Tak więc nie martwcie się tym więcej. Dobrze?
- Tak, Aro, dziękujemy!
Tymczasem na skale...
Katai pojednał siły ze stadem Ziry, Zira została jego żoną i mieli dwóch synów i jedną córkę.
Nuka, Tojo i Vitani byli tak samo źli i wstrętni jak ich matka, Zira. Żywiła ogromną nienawiść do Ricci i Saraw, bo one były dobre i sprawiedliwe. Katai otrzymał od swoich poddanych przydomek: Wieczny. Rzeczywiście, jego pożądanie, które kazało mu odbić córkę Hallesowi trzymało go przy życiu, choć Akita, która była jego rówieśnicą, zmarła nie długo po przyprowadzeniu Ricce lwic.
- Ziro! Podejdź do mnie.
- Tak, Katai?
- Czy nasza niespodzianka jest gotowa?
- Tak, panie. - i uśmiechnęła się szyderczo, po czym odsłoniła królowi straszny widok. Wojna wisiała w powietrzu.
Nuka i Tojo patrzyli na to z równie szyderczym uśmieszkiem, bo to było ich wspólne dzieło - ich i Ziry. W Vitani jednak obudził się instynkt - dobra. Nie chciała wojny, chciała poznać swoją przyrodnią siostrę, nie zabijać jej. Ale Zira by ją zabiła. Bo takie dała jej zadanie.
Tymczasem Kesley i Rowen poszli po rówieśników.
Dziewczęta leżały pod baobabem i udawały, że są dorosłe. Myły się, myły swoje młodsze rodzeństwo, opalały się, mówiły rzeczowo, jak gdyby miały już te dwa lata. W rzeczywistości każda z nich miała rok i cztery miesiące, były nastolatkami. Lwy się biły, też udając dorosłych. Domino udawał, że odgryza ucho Cliffowi, a gdy Kesley i Rowen dotarli pod baobab, też zaczęli się bić. Rowen rzucił się na Domino, a Kesley na Cliffa. Jednak wiadome było, że Kesley przegra, bo był słabszy.
- Haha, i co, braciszku, siły zabrakło? - zachichotał złośliwie Rowen.
- Odczep się! Co w ciebie wstąpiło?!
- Sam się odczep!
- Powiem ci coś, Rowenku. Do walki nie potrzebne są tylko mięśnie, ale i orzeszek, a ty wyglądasz jak stek, masz fałdy skóry po bokach i pusty łeb!
- Odszczekaj to!
- Bo co?!
- Bo to! - i rzucił się na Kesleya. Przekoziołkowali, po czym zaczęli krążyć. Rowen skoczył na Kesleya, jednak ten zrobił unik i Rowen zarył nosem w ziemię. Zdenerwowany podniósł się i już chciał rzucić się na brata, jednak w środek wskoczyły dwie lwice - Sarafina i Flame. Cherry patrzyła na to jak skamieniała, a Rayla zeskoczyła ze skały pod baobabem i podeszła do Domino i Cliffa.
- Dosyć! - wrzasnęła energicznie Safarina, Flame ryknęła potężnie. Rowen się opamiętał, jednak Kesley rzucił się na niego, ale stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Flame zasłoniła Rowena własnym ciałem i przyjęła cios w klatkę piersiową, po czym razem z Kesleyem przekoziołkowała i padła niczym martwa.
- Flame! - krzyknęła Cherry. Podbiegła do siostry, która ledwo dyszała. Cherry, Cliff, Domino, Rayla i Rowen pobiegli po pomoc. Kesley leżał obok Flame i płakał. Sam nie wiedział co się dokładnie stało, ale po chwili zrozumiał. Chciał uderzyć brata, a Flame nie chciała, żeby się dalej bili. Teraz lwica miała zamnięte oczy, sapała ociężale.
- Nie rób mi tego, Flame! - krzyknął płaczliwie i wziął koleżankę na grzbiet, zaniósł do groty. Lwiątka, które pobiegły po pomoc, już ją znalazły. Ricca była najbliżej. Podbiegła do idącego w jej kierunku Kesleya, zabrała Flame z jego grzbietu i poleciała do Aro. Kesley padł. Nie miał już siły. Rowen obrzucił go nienawistnym spojrzeniem, i odszedł, jednak Cliff i Sarafina zostali, żeby zabrać nieprzytomnego lewka do groty. Dzień ten wydawał się być najgorszym w jego życiu.
W cieniu własnego ojca 2, cz.2.
Wieczorem Ricca podeszła do Kesleya, który leżał sam w grocie.
- Kesley, zawiodłam się na tobie. Wydawało mi się, że masz więcej rozumu.
Kesley nie odpowiedział. Chciał odejść, chciał zostać sam, jednak Ricca zagrodziła mu drogę.
- Posłuchaj, nie da się uciec od przeszłości! Zrozum, nie można jej zmienić, ale można wpłynąć na przyszłość! - wtedy lewek nie wytrzymał i rozpłakał się.
- To wszystko przez Rowena! Ciągle szydzi sobie z tego, że jestem słabszy! Przedrzeźniał mnie i dałem się w to wciągnąć...
- Wiem, rozmawiałam z nim, przyznał się, że to on cię tak rozzłościł. Pogódźcie się, przeproście. Potem zastanowię się, czy pozwolić wam zobaczyć się z Flame.
- Na prawdę? - oczy Kesleya rozbłysły.
- Tak. - uśmiechnęła się lwica, po czym wyszła z groty. Wtedy wszedł do niej Rowen.
- Kesley?
- Taaak? - powiedział trochę złowieszczo.
- Wiesz, przepraszam.. Przepraszam za to, że się z ciebie wyśmiewałem.
- Przeprosiny przyjęte, braciszku! - i rzucił się na Rowena, po czym zaczęli się bawić.
Następnego dnia razem z Cherry i Dianą poszli do baobabu po Flame. Lwica była lekko rozkojarzona, nie wiedziała dokładnie, dlaczego tam była i co jej się stało. Na szczęście nie była zła na Kesleya, choć trochę żałowała, że kiedy się rano zobaczyli, nie dała mu łapą w pysk. Potem żartowali i bawili się w grocie cały dzień. Popołudniu Kesley i Flame wyszli na szczyt wzniesienia. Obserwowali niebo, rozmawiali, jednak po chwili Kesley zamilkł.
- Kesley?
Lew patrzył z otwarym pyszczkiem w dal. To co zobaczył, było potwornym widokiem. Poleciał bez słowa do matki. Ricca ryknęła potężnie a jej lwy i lwice ruszyły do ataku.
Wyszli z dżungli i ujrzeli ów straszny widok. Na początku stała Zira, Vitani, Katai i Nuka, z tyłu za nimi stał Tojo a za nim



![[Obrazek: 6ibgwh.png]](http://i44.tinypic.com/6ibgwh.png)
